No dobra, pora zakończyć moje małe blogowe wakacje. Od razu dodam wszystkim sfochowanym fanom, że trochę winy ponosi tata, bo zabrał sobie mamę i kompa na weekendowy wypad gdzieś tam i po coś tam a kompa Cioci Pauliny nie ogarniam wcale, bo jest jakiś dziwny. A jeszcze wcześniej nic nie napisałam, bo organizowałam małe „tea – party” dla wszystkich moich szmacianek a wiecie, ile roboty się schodzi na catering, chociaż to niby tylko herbatka.

Tak, czy siusiak (ostatnio się dowiedziałam, że chłopaki mają siusiaki, co wydaje mi się bez sensu, ale o tym może napiszę później, jak nie zapomnę)… O czym to ja miałam pisać? Aaaa, no więc chodzi o to, że wróciłam, więc wszyscy, którzy dali unlike’a na naszym Fejsie z powodu zawodu (wiem, wiem – rymuję, recytuję wiersze i ogólnie rozwijam się artystycznie), łaskawie proszeni są o klika z powrotem. Mówię serio: wiem, ilu was było i kim jesteście.

Ok, skoro część sprawozdawczą mamy już za sobą, to pora poruszyć pierwszy z kilku tematów, które nazbierały się podczas mojej,  usprawiedliwionej już, nieobecności.

KOTY… 

Taaak. Są w końcu z nami. I nie komentujcie mi tu od razu, że co to za ńjus, bo już dawno o tym wiecie z Instagrama, ale ja jeszcze o tym nie pisałam, więc tak jakby dopiero teraz oficjalnie się o tym dowiadujecie. Jak to tradycyjnie u rodziców, podnietka była na maksa: kotki tu, cats there, koty kurka-rurka everywhere. Nie ukrywam, że w końcu i mi udzielił się klimat i jarałam się Figą i Makiem tylko ciut mniej, niż nowymi odcinkami Peppy.

W końcu są i… nie wiem do końca, co mam o tym wszystkim myśleć. Najpierw tak jakby unikają mnie i nie mogę ich nigdzie znaleźć. Później wchodzą sobie nieproszone do mojego pokoju, zżerają mi moje pieczołowicie pieczone ciasteczka, nie mówią „dziękuje”, wylewają herbatę, nie mówiąc „przepraszam” no i najważniejsze: stawiają opór, przy próbie zabierania je na przejażdżkę w wózku po domu. Poza tym cały czas chodzą i „wiercą”. Nie kumam,  o co im chodzi z tym wierceniem, może szukają jakiś skarbów albo skryjówki? Nic, tylko chodzą i „mrrrrrrr”. Mówię wam,  one są jeszcze trudniejsze do ogarnięcia niż ja, chociaż podobno jestem mistrzynią w temacie. Mam tylko nadzieję, że nie próbują rozkminić, gdzie jest moja skryjówka ze skarbami.

WEEKEND ODPOCZYNKU.

Jak już wspomniałam wcześniej, rodzice sobie postanowili, że spędzą weekend beze mnie. Pomijam już bezczelność ich decyzji i brak zainteresowania moim zdaniem w tym temacie, bo do tego zdążyłam się już przyzwyczaić. Najbardziej wkurzyłam się, gdy okazało się, że podczas gdy ja siedziałam nad smutną i bezkształtną kaszą i kurczakiem, rodzice obżerali się wykwintnymi daniami i deserami! A to nie wszystko! Bo gdy ja razem z ciocią zamieniałam się w inżyniera i budowałam domek z kartonu, mama z tatą oddawali się masażom! I to już jest prawdziwy skandal, bo przecież doskonale wiedzą, jak lubię „budowali panowie mostek” na pleckach.

W ramach akcji odwetowej przypomniałam im, co to znaczy zarwana nocka. Chciałam dobić do swojego zacnego rekordu 18 pobudek w ciągu nocy ale niestety, nie jestem ostatnio w formie i wykręciłam jedynie 12.

Ale żeby nie było: ten samotny weekend bez rodziców miał też i swoje plusy, bo po piewrsze ciocia nie jest zbyt ogarnięta w naszej elektronice, więc mogłam do woli puszczać sobie muzykę, bez tego całego jęczenia taty, żeby nie dotykać tego srebrnego pudełka. No i w końcu mogłam się wyspać pod nieobecność rodziców, no bo po co wstawać w nocy i sprawdzać, jak szybko przybiegną, skoro i tak ich nie ma?

Ogólnie to trochę się za nimi stęskniłam po tych dwóch dniach, ale wiadomo, że taka laska z klasą jak ja nie może sobie na to pozwolić, bo jeszcze sobie pomyślą, że mięczak ze mnie, więc twardo trzymałam fason i udawałam, że bardziej jaram się domkiem, niż powrotem rodziców.

SIUSIAKI.

No dobra, muszę o tym napisać, bo to jest na maksa dziwne. Nie dość, że tata nie ma cycków, to teraz się jeszcze okazuje, że ma trąbę, przez którą robi siku. Hehe, myślałam, że sama się posikam ze śmiechu, jak mi tłumaczył o co z tym chodzi. Od razu też zaczęłam łączyć fakty i wyszło mi, że specjalnie tata ma taki duży kibelek w łazience, bo inaczej jak miałby biedak z tą trąbą korzystać z nocnika? No i też momentalnie stało się jasne, dlaczego tylko mama mi pokazywała o co chodzi z tym sikaniem do nocnika, chociaż ja w fali przypływu buntu dwulatka z tego ustrojstwa korzystać nie zamierzam i dalej traktuję to wiaderko, jako przechowalnię zabawek potencjalnie przydatnych.

Ale wracając do siusiaków: nie dość, że tata musi przez to mieć swój duży kibelek, to jeszcze jakiś taki spanikowany się robi, jak na przykład chcę sobie po nim po skakać i noga mi się ześlizguje w miejsce trąby. Wydaje przy tym dziwne dźwięki, czym zachęca mnie do eksperymentowania i dalszego badania tego fascynującego ciągu przyczynowo – skutkowego.

WINTER IS COMING…

Tak cały czas mówi tata, więc chyba coś jest na rzeczy, bo nie dość że ubieranie trwa dłużej niż zwykle (wliczając w to oczywiście mój niezmiennie ulubiony myk z uciekaniem), to jeszcze faktycznie jest mi zimno. Chociaż nie wiem teraz, czy sama tak czuję, czy podłapuję temat od rodziców, którzy jęczą cały czas, że zimno i jak oni bardzo nie lubią tej zimy. Po czym bezczelnie opowiadają mi z uśmiechem na ustach, jak to w zimie będziemy lepić bangwana, jeździć na sankach i ogólnie, jak będzie super. Nikt lepiej nie potrafi mi robić kaszki z mózgu, niż oni.

Dobra, zmykam powoli, bo zaraz tata wraca z pracy i znów się będzie ze wszystkim rządził. Uciekam i całuję mocno (z moją wypasioną nową szminką na ustach) najwierniejszych czytelników i przybijam piątkę z tymi, którzy tu zajrzeli pierwszy raz. Do przeczytania (mam nadzieję) za tydzień!