Byliśmy kiedyś znajomymi. Niestety, ja w ostatnich wyborach zagłosowałem na inną opcję polityczną niż ty. Po wielu potyczkach słownych na Facebook’u, które przerodziły się w prawdziwy shitstorm usunąłeś mnie ze znajomych. Albo to ja usunąłem ciebie. Nie pamiętam. Nieważne, grunt, że już nie zatruwamy sobie życia nawzajem.

Co z tego, że znaliśmy się, jak łyse konie a nasza znajomość liczona była w dekadach. Nie jesteś już godzień mojej znajomości. Ja nie jestem godzień twojej. I dobrze. Na szczęście żyjemy w dużym mieście i nie wpadamy na siebie zbyt często, bo przecież moglibyśmy jeszcze skoczyć sobie do gardeł. W imię obrony swoich wartości i prawdy najświętszej. Co z tego, że kiedyś mogliśmy siedzieć przy browarze i dywagować na wiele różnych tematów z odmiennego punktu widzenia. To było kiedyś. Teraz jesteśmy po przeciwnych stronach barykady i możemy co najwyżej od debili się zwyzywać.

Byliśmy kiedyś znajomymi. Imprezowaliśmy, jak dzikie rexy. Weekend w weekend nowa laska na chacie, przygód bez liku – książkę można by napisać. Później poznaliśmy nasze obecne żony. Weekendy spędzaliśmy już we czwórkę. Wspólne gotowanie, wypady za miasto, wakacje, sylwester. Działo się sporo, było cudownie. Nie przeszkadzały nam różnice w światopoglądzie naszych partnerek. W końcu to nic wielkiego – zawsze dochodziliśmy do consensusu i szliśmy dalej do przodu. Nowa praca, nowy samochód, wspólne mieszkanie. Proza życia, ale jakże piękną czcionką pisana. W końcu przyszedł czas na dzieci. Najpierw ty, później ja. Coś się nagle zaczęło zmieniać. Nasze relacje nie były już takie, jak dawniej. Poróżniły nas małe rzeczy, które urosły do rozmiarów pieprzonych Himalajów. Sposób karmienia, podejście do szczepień i do wychowania dziecka rozbiło w pył naszą znajomość, która niejedno przecież przetrwała. Nie rozmawiamy już ze sobą, chociaż czasem widzę, jak wrzucasz coś na fejsa. Boże, ależ beznadziejnie ubieracie swoje dziecko. Moja żona mówi, że wstydziłaby się w czymś takim naszego chłopaka po domu puszczać, ale wiadomo o gustach się nie dyskutuje.

Byliśmy kiedyś znajomymi. Nasze dzieci też mogłyby nimi zostać. Ale te bzdury, które wypisujesz o Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy rozpierdalają mnie od środka. Nie chcesz dawać, nie dawaj ale przestań szerzyć dezinformację, że Owsiak to samo zło. A może to ja wypisywałem te bzdury? Wszystko mi się już od tej zawiści i hejtu w głowie poprzewracało. Najważniejsze, że ja wiem najlepiej i to ty jesteś w błędzie.

Byliśmy kiedyś znajomymi. Ale ty jesteś teraz debilem, oszołomem, lemingiem, pisiorem, antyszczepionkowcem a może szczepionkowcem – co za różnica. Grunt, że mogę ci dojebać przy byle okazji i pokazać, jak wielkim zerem jesteś w porównaniu do mnie. Gdybyś tylko chciał przejrzeć na oczy i przyznać mi rację, być może moglibyśmy  znów zostać znajomymi. Zobaczyłbyś wtedy, jak cudownie i prawilnie jest po mojej stronie racji. Zobaczyłbyś różnicę, pomiędzy nami,  oświeceneniowcami a resztą tej chołoty, która nas codziennie otacza.

Byliśmy kiedyś znajomymi. Jeszcze niedawno mieliśmy dobry kontakt. Ale później twoja rzeczywistość zaczęła szwankować. Próbowałeś mnie karmić swoimi badziewnym teoriami o wyższości jednego gówna nad innym gównem, bo jedno jest zapakowane w błyszczący papierek zajebistości i trendsettingu a drugie ma ten przebrzydły oldschoolow’y zapach i smak.

Byliśmy kiedyś znajomymi. Jakieś czterdzieści lat temu. Tak bardzo mi ciebie teraz brakuje. Twoich głupich tekstów, twoich komentarzy, twojej mądrości i głupoty w jednym. Twojej pewności siebie i wątpliwości. Twojego żartu i ostrego języka. Mogliśmy się trzymać dalej razem, być może łatwiej było by nam przetrwać debili, którzy próbują nam wetknąć najnowsze gówno, opakowane w pudełko z hologramem i laserowym chuj-wie-czym, na chuj-wie-po-co. Szkoda, że cię tu nie ma teraz ze mną. Posiedzielibyśmy w moim mieszkaniu, bo odkąd moje dzieci ze mną nie rozmawiają, twierdząc, że jestem pieprzonym oszołomem, czuję się w nim samotnie. A tak moglibyśmy powspominać stare, dobre czasy.