Wstaję rano – uśmiechnięty, zrelaksowany. W końcu to już trzecia z rzędu noc przespana w całości. Mój entuzjazm w tej materyi jest mocno stonowany, bo wiadomo, że może to być tylko tymczasowa anomalia, więc nie ma co sobie złudnej nadziei robić. Co nie zmienia faktu, że czułem się znakomicie. Znacie dobrze takie dni: nic nie zapowiada nadciągającego armagedonu, normalnie poranna sielanka rodem z baśni Disney’a, gdy wtem…

AKT I: CHOMIK

Tak! Może tego nie wiecie, ale mamy w domu chomika. Przygarnąłem go razem z moją żoną, kiedy wprowadziła się do mnie. To znaczy, żony nie przygarnąłem, żeby nie było. To znaczy… no wiecie o co mi chodzi. No więc mamy tego chomika, którego kynologiczni fachowcy nazywają psem rasy Yorkshire Terrier. Cóż za, pardon za mój język, srogie kurwa nadużycie! Ja ogólnie uwielbiam psy, nawet kilka miałem w swoim życiu: wyżła niemieckiego, rottweiler’a i inne. I wychodzę z założenia, że jeżeli psa nie da się klepnąć przyjacielsko po dupie, bo ten przelatuje przez pół pokoju, po czym zaczyna się trząść, to absolutnie takie stworzenie nie zasługuje na miano psa. Stąd, kurwa, chomik.

Głód chomika jest odwrotnie proporcjonalny do jego wzrostu i masy. Wpierdala wszystko (poza swoją karmą), co jej się napatoczy pod nosem i – niestety – zawsze kończy się to rzyganiem. Czasem w pakiecie ze sraczką. Nigdy na drewnianej podłodze, bo lepsze są dywany.

Żona dostała chomika od swojego ówczesnego chłopaka. Czasem mam ochotę odszukać jego adres i poprosić o zabranie swojego cudownego pomysłu z powrotem, albo przynajmniej o alimenty, żeby można było wysłać chomika na jakąś terapię.

AKT II: KOTY

Koty są o tyle cudowne, że zasadniczo są bezobsługowe. Nie trzeba z nimi dymać na spacer w wichurze i deszczu po dwóch godzinach gry w  squasha. Nie rozpłaszczają się, jak mop na chodniku przy każdym większym psie, zamiatając swoimi falbankami cały syf ulicy. Nie trzeba ich czyścić po każdym wyjściu. Nie trzeba ich ubierać w idiotyczne wdzianka, gdy temperatura spadnie poniżej 10 stopni. Nie trzeba ich prać, czesać i strzyc. Trzeba je za to karmić, wiadomo.

Nasz chomik generalnie w dupie ma swoją psią karmę. Woli kocią, z jakimiś enzymami na odkłaczanie. I wierzcie mi, nie sposób jest upilnować gekona, żeby nie podkradał kociej karmy. Czym się to kończy, nie muszę chyba nikomu mówić.

Dodatkowo koty szybko obczaiły, jaką miętką bułą jest chomik i bez większej spinki zaanektowały psie posłanie. Czujecie klimat? Jaki normalny pies dałby się wygryźć ze swojego legowiska dwóm, kilkumiesięcznym kotom?

Jeszcze nie tak dawno liczyliśmy na to, że chomik zaprzyjaźni się z kotami i będzie szczęśliwszy, bo będzie miał kogo rozstawiać po kątach. Dzisiaj przy śniadaniu zwerbalizowałem to, co już było wiadome od dłuższego czasu – nasz chomik jest psią pizdą. I nic z tym nie możemy zrobić, bo co? Poślemy ją na psią siłkę?

AKT III: ZAMKI

Kupiłem kiedyś kurtkę zimową. Jest puchowa, czarna i serio na wypasie a służy mi już z 5 sezon i dalej trzyma fason. Poza zamkiem błyskawicznym, który pomimo dwóch wymian dalej lubi wyszczerzyć się w uśmiechu, wystawiając moją chudą klatę na mrozy. Dodatkowo, ostatnio zamek tak się zaciął, że musiałem ściągać kurtkę przez nogi. Jak każdy normalny facet olałem temat i powiesiłem kurtkę z nierozpiętym zamkiem na wieszaku.

Kafi kupiła sobie niedawno wypasioną kurtkę zimową. Po miesiącu rozpruła jej się kieszeń i rozwalił się zamek. W sumie gdyby nam ktoś płacił 50 centów za każdą uszytą sztunie, też nie dbalibyśmy zanadto o jakość wykonania. Nawet, jeśli naszywka we wnętrzu twojej kurtki zapewniająca o wysokich standardach produkcji  mówi co innego.

9.45 – pora zaprowadzić Heluta do żłobka. Najpierw więc, tradycyjnie wydarzenie z cyklu złap córkę i załóż jej ubranie. Dziś wyjątkowo bez mojej kojącej pomocy, bo akurat zmieniałem sobie zdjęcie profilowe na Fejsie. Wkurwa wiszącego w powietrzu można było kroić nożem i pakować w świąteczne papierki – taki był gęsty. Ogólnie ogarnianie naszej córki ostatnio do najlżejszych nie należy, a co dopiero mówić o stawianiu jej czoła w 6 miesiącu ciąży. Szacuneczek dla małżonki. Taka mała dygresja i retoryka: zastanawialiście się kiedyś, dlaczego ciążę liczy się w tygodniach? Przecież to jest nie do ogarnięcia…

Wracając do meritum – po wrzuceniu nowej profilówki na Fejsa, pomogłem ogarnąć Heluta, co zajęło mi 3 minuty. Dlaczego, kurwa, nie mam takiego wpływu na chomika? Z przedpokoju słyszę siarczyste mięcho serwowane przez mój kwiat najsłodszy. Patrzę co się dzieję i widzę, jak Kafi z Hanią w brzuchu siłują się z zamkiem w swojej niedawno nabytej kurtce. Dolewam więc oliwy do ognia i mówię, żeby się ogarnęła, bo Helut nam się zaraz zgrzeje. Błąd taktyczny! Powietrza nie trzeba było już kroić – od ciężaru samo zawaliło się mi na głowę.

Próbując naprawić sytuację powiedziałem:

–  weź moją kurtkę Kochanie.

–  którą? – zasyczało moje kochanie.

–   którą chcesz, może być niebieska. Chociaż nie, moment. W niebieską już się nie mieścisz z powodu brzucha. Specjalnie dodałem, że z powodu brzucha, bo jeszcze byłoby drążenie tematu a wiadomo, że Helut się grzeje i zaczyna jęczeć. Weź czarną, powiedziałem.

Nie macie pojęcia, jak to jest zadać ostateczny cios wkurwionej do granic wytrzymałości ciężarnej. Dla nieogarniętych: cios nadszedł w postaci rozjebanego zamka w mojej kurtce. Nie pytajcie, co się działo ale ja miałem ochotę spakować się w karton i wysłać w kosmos. Ostatecznie przygarnąłem Heluta i zacząłem jej z dumą pokazywać, jak ładnie sobie obrobiłem fotkę na Fejsa. Była zafascynowana tak bardzo, że jak Kafi ogarnęła już temat kurtki i była gotowa do wyjścia, Helut zrobił cyrk, że odstawiam ją od mojego kompa.

Gdy chwilę później zamknęły się drzwi i w mieszkaniu nastała epicka cisza, którą mąciła tylko debilna mina chomika, byłem pewien, że najgorsze jest już za mną. Takiego wała, powiedziała rzeczywistość.

Statystyka jako nauka to dziwka: jak grasz w totka, to dobitnie daje ci znać, że działa, jak należy. Jeśli natomiast sprawa dotyczy kurtek, to cóż… Za wszelką cenę próbuje ci udowodnić, że niemożliwe jednak jest możliwe, objawiając się w postaci  rozjebanego zamka w kurtce mojej córki. Dacie wiarę?

AKT IV: PILOT DO BRAMY

Gdy Kaficjusz męczył się zamkiem w mojej kurtce, z kieszeni wysypało się stado monet. Postanowiłem sprawdzić, co jeszcze trzymałem w kieszeniach tak szlachetnie użyczonej mojej żonie garderoby. Oprócz zupełnie nowej szklanej fifki, której szukałem dosyć długo, znalazłem jeszcze pilota otwierającego bramę w naszym biurze.

– O! Super – pomyślałem, bo wczoraj o nim zapomniałem i z powodu braku wolnych miejsc parkingowych musiałem zaparkować dzielnicę dalej.

Podjeżdżając pod firmę okazało się, że pilot nie działa. Jakoś mnie to nie zdziwiło, chociaż wkurwiłem się niemożebnie. Zaparkowałem pod oknami (o dziwo, znalazło się miejsce) i wchodzę do biura. Pytam wspólnika, czy wie, co się dzieje z pilotami do bramy. Tak, mówi – zmienili piloty i czekamy na nowe. Super! Ciekawe, czy jak przyjdzie co do czego, to administracja najpierw wymieni nam zamki do lokalu a kilka dni później przyniesie klucze.

Gdy chwilę później popijałem sobie kawę, wspólnik zapytał, gdzie zaparkowałem, bo straż miejska rozdaje prezenty. Kurwa! 30 sekund. Spóźniłem się o całe 30 sekund. Gdy dobiegłem zziajany blankiecik czekał już na mnie, obiecując kolejne ciekawe dywagacje na tematy drogowe w siedzibie Straży Miejskiej.

EPILOG

Wczoraj przed snem poszedłem do pokoju mojej córki sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku. Spała sobie przesłodko, jak zwykle odkryta. Gdy pochyliłem się nad jej łóżeczkiem, naszła mnie refleksja, że przykrywanie dziecka w nocy kołderką jest kwintesencją rodzicielstwa. Ten gest zawiera w sobie wszystko: miłość, troskę, radość (że dziecko słodko śpi) i wiele innych wielowymiarowych znaczeń. Przykrywanie dziecka kołderką jest symbolem bezpieczeństwa. Tak się wzruszyłem tą moją refleksją, że z mokrymi oczami zapytałem po przyjściu do łóżka Kafi, jaki symbol jest dla niej kwintesencją rodzicielstwa i… nie potrafiła mi wymienić tej jednej jedynej rzeczy.

Dziś o 7.00 obudziła się nasza córka. Chwilę później przytaszczyła do naszego łóżka złachaną książkę, jedną z pierwszych, jakie dostała w swoim życiu. Wgramoliła się do nas, mówiąc słodkim głosikiem: „mama, czytaj!”, po czym usadowiła się wygodnie między nami i przykryła kołderką. Kafi objęła ją czule a mi powiedziała:

– dla mnie to jest kwintesencją rodzicielstwa.

Gdy myślałem o tym dzisiejszego dnia stwierdziłem, że to nie tylko symbol kwintesencji rodzicielstwa ale również wytrych do dobrego samopoczucia. Niezależnie od tego, jak beznadziejny jest twój dzień, ten wytrych jest w stanie sprawić, że wszystko, co złe odchodzi w niepamięć, bo ostatecznie jedyne co się liczy, to bezpieczeństwo i dobre samopoczucie twojego dziecka.

PS: wszystkie wydarzenia faktycznie miały dziś miejsce. Żaden chomik nie został zabity. A szkoda.