Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, jakie wydarzenie z życia budzi największe emocje? Ślub, wygrana na loterii, awans w pracy? Pewnie, ale jest coś, co niesie o wiele większy ładunek emocjonalny. Tak! Mowa o narodzinach dziecka.

Mówcie, co chcecie, ale z narodzinami wiąże się (prawie) zawsze największe zainteresowanie rodziny, przyjaciół, znajomych a nawet osób postronnych. To poród generuje tyle łez szczęścia, ubranych w błogi płaszcz ulgi, że ten największy ból został już za nami. Płaczą ze wzruszenia wszyscy – rodzice, rodzice rodziców i wszyscy najbliżsi, w końcu doświadczyliśmy przed chwilą cudu narodzin. Cudu. Zapamiętajcie to słowo, bo wrócimy do niego niebawem.

Mijają lata. Rodzice (czasem niania) zmagają się z buntem dwulatka, histeriami o niewłaściwy talerz, kubek, o wszystko (z perspektywy dziecka) i nic (z perspektywy rodzica). Rodzice pracują. Nieważne gdzie i nieważne jak, bo ostatecznie chodzi tylko i wyłącznie o to, by kasa na koniec miesiąca na koncie się zgadzała, dom był jako tako wysprzątany, lodówka pełna, dziecko zadbane i wstydu nie przynosiło. Wszystko zaczyna przypominać zautomatyzowany proces. My sami zamieniamy się w wyspecjalizowane roboty, nastawione na wykonywanie określonych zadań – szybko i bez zastanowienia. Dziecko – praca – dom – dziecko – praca – sen. W dowolnej konfiguracji, bo przecież każdy z nas ma inne priorytety. I dobrze. Każdy dzień to pogoń za uciekającym czasem. Szybciej kochanie, bo się spóźnimy. No chodźże, musimy już jechać. To super, że akurat teraz znalazłaś tego fantastycznego ślimaka, ale chodź już, bo nie mamy chwili do stracenia. Serio, musisz teraz grzebać tym patykiem w ziemi? Twoi znajomi w przedszkolu już na ciebie czekają a ja muszę lecieć do pracy! Przecież mam tyle na głowie… I tak dalej.

Żeby sprawy pokomplikować jeszcze bardziej, dodajmy do naszego równania kolejną zmienną – kłótnie rodziców. Na przykład o to, dlaczego akurat ja? Wolałbym nie, bo jestem zmęczony. Albo zmęczona. Bez różnicy. Znów pieluch zabrakło? Dziecko znów się nie słucha? W domu panuje chaos? Przecież muszę jeszcze dokończyć robotę, bo miesięczny plan w korpo musi się zapiąć. A ja z kolei muszę jeszcze wykąpać dzieci i posprzątać kuchnie. A ja muszę…

Wtem! Rzucasz małą, niefrasobliwą uwagę do swojego partnera i w jednej chwili robi się z tego rodzinny blitzkrieg. Od słowa do słowa i pojawia się wyliczanka, kto ile robi dla rodziny i ile kawałka tortu z pysznym, lukrowanym napisem JA musiał poświęcić na rodzinnym ołtarzu. Dziecko słucha. A może śpi. Przecież w ferworze walki o najmojszą rację dziecko to zazwyczaj ostatnia osoba, na którą zwracamy uwagę. Dziecko płacze. A może płacze przez sen. Bez znaczenia – płacz dziecka zawsze jest dla nas budzikiem. Przerwa, koniec rundy.

To niesamowite i jednocześnie straszne, jak życie szybko wymywa z nas te wszystkie cudowne emocje, które towarzyszą pojawieniu się dziecka. Czasem tak długo wyczekiwanego dziecka. Jak codzienna rutyna zabija wszystkie nasze wyobrażenia i postanowienia rodzicielskie. Jak wciąga nas w sformatowany tryb prozy dnia codziennego. Szybciej, lepiej, bezpieczniej, wspanialej. Musimy przecież dostarczyć. Cokolwiek, gdziekolwiek. Bo przecież idealny świat tego od nas wymaga a my w tym stadzie i w tym biegu nie mamy czasu przystanąć na chwilkę i pomyśleć. Żyjemy, ale nie razem a obok siebie, jak pasażerowie w zatłoczonym autobusie, w którym każdy walczy o kawałek miejsca i wygody dla siebie.

A teraz zamknijcie oczy i przenieście się z powrotem do momentu, w którym po raz pierwszy trzymaliście wasze dziecko. Przypomnijcie sobie te łzy szczęścia spływające po waszych policzkach. Tą dumę, która was wtedy rozpierała. Tą niesamowitą więź, której solidne podstawy pojawiły się wraz z momentem przecięcia pępowiny. Otwórzcie oczy i spójrzcie na wasze dziecko. To dalej ta sama istota. Może tylko ciut większa, bardziej świadoma i prawdopodobnie czasem doprowadzająca was do szewskiej pasji. Ale zrodzona z was. Z miłości.

Dajmy dziecku dotknąć tego ślimaka, dajmy mu pogrzebać patykiem w ziemi. Stracimy może z 10 minut. Ale czy aby na pewno stracimy? Patrząc na to, jak szczęśliwe jest nasze dziecko w tej jednej, jedynej chwili być może najdzie nas refleksja. Refleksja, że to, co robimy i nazwaliśmy życiem wcale na to miano nie zasługuje? Że żyjemy życiem innych, pod kieratem konsumpcjonizmu, którego tak naprawdę wcale nie potrzebujemy w naszym rodzinnym, szczęśliwym równaniu?

Pamiętajmy, że ostatecznie dostaniemy to, co zasialiśmy i wypielęgnowaliśmy. Jeżeli my nie poświęcimy czasu dla dziecka teraz, to dlaczego mamy oczekiwać, że kiedyś, jak będziemy starzy, nasze dziecko poświęci swój cenny czas dla nas?