Dzisiejszy świat obiecuje mi lepsze jutro na każdym kroku. Gdziekolwiek nie spojrzę, jestem faszerowany wizją lepszego, ładniejszego i przystojniejszego siebie – wystarczy tylko, że wskoczę w nowy garnitur, nowy samochód, zrobię sobie nową stylizację i nagle będę wyglądał jak ten czarujący pan z reklamy. Z tym, że niekoniecznie.

W pościgu za lepszym jutrem stałem się więźniem wyczekiwania. Czekałem na to, aż w końcu skończę 18 lat, by w pełni móc samemu decydować o swoim życiu. Czekałem na weekend, by móc pójść z kumplami na imprezę. Czekałem, aż w końcu znajdę miłość swojego życia. Czekałem, aż będę mieć dzieci. Czekałem, aż się narodzą. Wraz z narodzinami moich córek zderzyłem się z prawdziwą lawiną czekania. Czekałem na pierwsze słowo, pierwszy ząb i pierwszy krok. Czekałem, aż zacznie  samo jeść, przestanie korzystać z pieluch, zacznie robić to i przestanie robić tamto.

W tym samym czasie „czekanie na coś” opanowało każdy inny aspekt mojego życia. Czekałem na ważny telefon, ważnego maila, ważną decyzję na piśmie. Czekałem na wiosnę, na lato, na złotą polską jesień, na moment, w którym moja produkcja trafi na sam szczyt najlepiej sprzedających się utworów, na lepsze jutro, na wieczór, który w końcu przyniesie chwilę odpoczynku, po to tylko, by tak naprawdę dalej pracować. Czekałem na wenę, na nowy odcinek serialu, na… no właśnie, okazuje się, że ponad połowę mojego życia straciłem na czekanie.

A później okazało się, że ponad połowę swojego życia na czekanie straciła również i Kafi – normalnie staliśmy się Panem i Panią Czekalskimi. Byliśmy zaślepieni czekaniem na coś, co ma nastąpić. Zaślepieni tak bardzo, że nawet czytając o tym, że trafiliśmy do poczekalni naszego życia, nie widzieliśmy tego.

Wiecie, co było przysłowiową „kropką nad i” w naszym przypadku? Nasza decyzja o zamianie mieszkania na większe. Pierwszy raz wspomnieliśmy o tym latem ubiegłego roku. U nas niestety jest tak, że żaden pomysł nie ma okresu karencji. Większość pomysłów wydaje nam się genialna i od razu przystępujemy do działania. Szkoda, że w tej całej manufakturze pomysłów nikt z nas jeszcze nie wpadł jeszcze na coś takiego:

– Hej ziomek, pomysł wydaje się spoko, ale może dajmy mu tydzień, żeby to wszystko przemyśleć i poukładać w głowie, ok?

Niestety nie – u nas wszystko jest instant, a najgorsze w tym wszystkim jest to, że oczekujemy takiego samego ekspresowego działania od innych.

Na przykład w ciągu miesiąca ogarnęliśmy cały nasz ślub – od decyzji o ślubie po ślubne „tak”.

W ciągu miesiąca znaleźliśmy fajne mieszkanie, które wymaga wprawdzie dużych nakładów pracy ale ma potencjał. Znaleźliśmy też kupca na nasze obecne mieszkanie, które przez wiele lat dopieszczaliśmy do obecnego kształtu.

I co? No właśnie nic. Przez ostatnich kilka miesięcy nasze życie to było jedno wielkie czekanie. Dzień po dniu czekaliśmy na sygnał – znak, że w końcu możemy. Że mamy. Nasze życie stało się nieznośne a my sami zamieniliśmy się w czekaniowe zombiaki. Każdego dnia liczyliśmy, że to dziś jest już ten dzień, w którym przestaniemy się martwić o zbliżające się terminy zapisane w umowach przedswtępnych i o finansowe konsekwencje z nimi związane.

Czekaliśmy. Aż w końcu przyszła decyzja banku. Niezbyt dla nas korzystna.

Gdy siedzieliśmy na ziemi z naszymi mózgami wyzutymi z jakichkolwiek chęci do czegokolwiek a nasze córki robiły wokól nas armagedon, który tylko potęgował chęć zapakowania się w karton i wysłania paczką w kosmos niespodziewanie przyszedł spokój. Wraz z książką, z której pochodzą wszystkie powyższe cytaty. Książką, którą pewnego wieczoru wybrała Helka, bym jej przeczytał przed snem. Czytałem ją już wiele razy. Nigdy jednak nie podchodziłem do niej tak osobiście, jak tamtego wieczoru. „Oh the Places You’ll Go” Dr Seuss’a – książka dla dzieci, która jednocześnie była katalizatorem zmian w naszym życiu – niesamowite, prawda?

Całe życie na coś czekamy, zapominając żyć. A to przecież to tu i teraz dzieje się nasze życie. Nie jutro, nie za tydzień, nie za dwa. Tu i teraz nasze dzieci, nasi partnerzy i my sami jesteśmy, oddychamy, śmiejemy się i płaczemy. Dlaczego tak łatwo tracimy tą podstawową optykę z pola widzenia? Nasz ostatni rok był najszybciej mijającym rokiem w naszym życiu. Ledwo w marcu urodziła się Hanka a już witaliśmy Nowy Rok. Z jednej strony wszystko, co naprawdę wartościowe przeminęło w oka mgnieniu a z drugiej to, co naprawdę ciążyło na naszym codziennym życiu ciągnęło się niemiłosiernie. Wylądowaliśmy w piekle, które sami sobie zgotowaliśmy.

Na dziś koniec czekania. Na w końcu przespane noce, bo kiedy będzie nam dane je przesypiać, coś innego będzie nam spędzało sen z powiek. Na słońce i ciepłe dni, bo kiedy w końcu nadejdą, będziemy narzekać, że mogłoby być ciut chłodniej. Na to, kiedy w końcu nasze dziewczyny będą się wspólnie bawiły, bo kiedy to nastąpi, zamiast upragnionego spokoju, będziemy arbitrami w ich niekończących się waśniach o zabawki. Na lepsze jutro, bo dziś też może być pięknie. Tu i teraz.

A wiecie, jak skończyło się czekanie na tytułowego Godota? Nigdy się nie zjawił…