Całkiem niedawno Kafi zsyntetyzowała mi artykuł, który opisywał matki, nieszczęśliwie zakochane w macierzyństwie.  Niepokojący był fakt nie samego tekstu, ale to, jak wiele kobiet się z nim utożsamiało. Smutne Matki! Same sobie zgotowałyście taki los. Z wielkim błogosławieństwem swoich partnerów i rodziców, najzwyczajniej w świecie mających wszystko w dupie.

 

Smutne mamy, dlaczego dałyście się omamić  sfotoszopowanej bajce pokazywanej w mediach, w której macierzyństwo to kraina miodem i mlekiem płynąca, i w której kupy niemowlaków pachną różami lub fiołkami, w zależności od płci? Dlaczego dałyście się wmanewrować w wojnę na lepszy – gorszy? Karmię piersią i jestem z tego dumna. I super. Karmię mm i jestem z tego dumna. Też super. Wasza i tylko wasza sprawa. Dlaczego dałyście sobie wmówić, że tylko wy jesteście odpowiedzialne za porządek w domu i zajmowanie się dzieckiem? Jeśli macie jakieś pasje, to dlaczego nie oznajmicie swoim partnerom, że chcecie je dalej realizować? Jesteście niewolnikami własnych dzieci, bo tak chcecie. Bo nie wypada się kłócić o swoje. Bo dobro dziecka najważniejsze. Gówno prawda. Dobro dziecka w 100% zależy od dobra rodziców. Jeśli matka czuje się, jak kupa i pokazuje to każdego dnia swojej córce, jest duża szansa, że wyrośnie z niej kolejna zwichrowana feministka. Nie potrzebujemy więcej feministek.

 

Dlaczego dałyście sobie wmówić, że należy cieszyć się każdą chwilą ze swoim szkrabem, bo każda chwila jest wyjątkowa i niepowtarzalna? Moja żona przez 15 miesięcy była głucha na moje prośby o wyluzowanie. Nie chciała wyjść z koleżankami „odpiąć wrotek”, jak za starych dobrych czasów, bo jak mówiła szkoda jej było czasu, który straciłaby na odsypianie a który mogłaby przeznaczyć na wspólny sobotni spacer. Bo przecież tylko w weekendy możemy sobie na to pozwolić a wszyscy wiemy, że weekendów w roku jest pięć. No i ma za swoje. Wy też macie. Po tak długim czasie na szczęście zrozumiała i zapowiedziała zmiany po powrocie do Polski. Zmiany, które są jej i wam należne.

 

Tatusiu jeden z drugim, nie uśmiechaj się pod twoim idealnie przystrzyżonym wąsem. Jesteś najzwyczajniej w świecie cipą, która boi się prawdziwej roboty. Wiem, wiem… przecież ciężko pracujesz. Czekaj…  Mówisz o tej pracy, w której zanim zaczniesz stukać w klawiaturę, wypijesz kawę z ekspresu, opierdolisz kanapkę ze Starbucksa i ponarzekasz kumplowi, jak bardzo naciągnąłeś mięśnia na sobotniej piłce z kumplami? O tej samej, w której koło 13.00 wyskakujesz z koleżanką z biura na lunch? Misiu kolorowy, twoja praca nie kończy się z chwilą wyjścia z biura. Ona kończy się w momencie, w którym twoja partnerka i dziecko śpią. Wtedy możesz sobie pozwolić na chwilę relaksu i ewentualne obejrzenie filmu, o ile dotrwasz do napisów początkowych.

 

Dziecko podnosi poprzeczkę, wyznacza nowe standardy dla słowa zmęczony. Doskonale powinni rozumieć to dziadkowie. A jednak dziś, jak nigdy, wykładają na swoje dzieci i wnuków lachę. Bo im się nie chce, są zmęczeni życiem, za daleko mieszkają. Bo jak mówią, „swoje już odchowali”. Ciekawe ile razy słyszeli taki tekst od swoich rodziców, kiedy wychowywali nas?

 

Żyjemy w cudownych i beznadziejnych dla wychowywania dzieci czasach. I nie tylko od nas zależy, czy więcej w naszym życiu będzie tego pierwszego, czy drugiego pierwiastka. Ale spinajcie poślady Smutne Mamy i walczcie, bo podobno potraficie walczyć jak lwice o swoje dzieci. A przecież to wszystko w 100% dotyczy pośrednio waszych dzieci właśnie.