Na dziejeszy dzień był plan jak na załączonym zdjęciu. Biorąc pod uwagę fakt, że wczoraj wyszliśmy na miasto, a Hela jest jakaś niewyraźna wstaliśmy dziś dużo później niż zazwyczaj. Kokosiliśmy się w łóżku, oglądaliśmy bajkę, przytulaliśmy się, a nawet zaserwowana do łóżka został kawa. I to nie jakaś tam zwykła rozpuszczalna.

 

Najprawdziwsza, najlepsza kawa, oczywiście w wykonaniu męża. Cały dzień był leniwy i spokojny, aż tu nagle.. Poszłam do
ogródka i się zaczęło. Pieliłam, kosiłam trawę, grabiłam, wynosiłam śmieci. Jak przy okazji znalazłam piłę to poprzycinałam drzewka i żywopłot. W między czasie grałam z córką i psem w piłkę, robiłam inhalacje z soli fizjilogicznej. Ogarnęłam też posegregowanie i pochowanie kilku prań, zrobiłam Heli syrop z buraka, wyszłyśmy na spacer z psem. I wiecie co? Tak bardzo się cieszę, że mogę to wszystko robić. Ciesze się z tego, że mam dla kogo to robić. Nawet stwierdziłam, że dziś pôźniej położę Helę spać bym mogła dłużej się nacieszyć tymi momentami. Matka spełniona.