Jest 5.00 nad ranem. Z pokoju Heluta słyszę taaa-tooo! O, to nowość – pomyślałem. Zazwyczaj słychać przeciągające się maaa-moooo! Zwlekam się z łóżka i lecę po tego małego Szkodnika, bo przecież wiadomo, że już raczej dalej spać u siebie nie będzie. Pora na „wspólną” dosypkę w naszym łóżku.

Cudzysłów został użyty nie bez kozery. Wspólna dosypka polega na sprzedawaniu kopniaków rodzicom przy każdej nadarzającej się okazji. Chwilę później jest już prośba (z nutą groźby) o czytanie książki na dzień dobry. No cóż… dzień dobry!

Zapraszam na śniadanie. Helut pierwszy przy stole ale tylko po to, by dać wyraz niezadowoleniu po tym, co zastał na swoim talerzu. Nie, tego jeść nie będę. Chcę tamto. Tamtego nie, mówię cierpliwie. Jest draka. Nie ostatnia. Chwilę później jeszcze większe wyzwanie: ubieranie. Nie chcę! Nie chcę! – krzyczy Helut gdy zaczynam zakładać jej rajstopy.

W tej chwili przypominam sobie te wszystkie mądre rzeczy, które mówią równie mądre osoby: dajmy dziecku wybrać, co chce założyć. Ok! Kochanie, chcesz założyć to, czy to? A może to? Nie chcę, nie chcę, nie chcę! Skarpetki, rajstopy i spodnie latają po pokoju, razem z resztkami rad specjalistów.

Jak tam chcesz, biegaj sobie półnago po mieszkaniu – mówię spokojnie, patrząc na zatroskaną minę Kafi. Wiadomo, że kobieta od razu rozkminia 10 możliwych powikłań zdrowotnych, związanych z hasaniem  Heluta boso po zimnej podłodze. Tymczasem chwilę później, ni z tego, ni z owego przycisk małego buntownika zostaje wyłączony i daje się ubrać, jak gdyby nigdy nic. Nigdy nie zrozumiem kobiet. Założę się, że z chłopakami takich historii nie ma. Ot, zakładasz mu spodnie i mały leci bawić się autem. Kobiety wysysają pierwiastek przewrotności wraz z mlekiem matki, dopieszczając go w miarę dorastania.

Idziemy do żłobka! Też trochę naciągane, bo po 30 sekundach mały glon odwraca się do mnie, prosząc, by wziąć ją na ręce. No to „idziemy” w tandemie. Na szczęście żłobek niedaleko a ja wybieram się na siłkę od jakiegoś czasu ale dojść nie mogę, więc traktuję to jak rozgrzewkę przed faktyczną wizytą.

Pora popracować. Jak to? Już 5 godzin minęło? Kiedy? Helut z powrotem w domu. W żłobku dziecko – anioł! Wszystko zjadła, spała bez problemu. Najlepszy maluch na dzielni! Na bank dosypują im narkotyki w żłobku, bo jak przychodzi pora weekendowej drzemki w domu, to prędzej jesteśmy w stanie kota nauczyć szczekać, niż położyć Heluta spać.

No to jemy obiad. Nie! Nie chcę. Mama czytaj book! Nie kochanie, teraz jemy. Następuje koncertowy pokaz focha, wraz z akademickim wręcz leżeniem na podłodze. Za chwilę drugie podejście i dwie łyżki zjedzone. Mama czytaj book!

Po obiedzie Kafi idzie z Helutem na spacer. Bo przecież dziecko musi się wybiegać. Wyluzuj kochanie, może się pobawić w swoim pokoju albo w ogródku, w piaskownicy. Nie – spacer musi być. No ok, mogę jeszcze trochę popracować 🙂

Jest wieczór. Pora zrobić kolację i obejrzeć wspólnie z Helą Peppę. To niesamowite, jak bajka wpływa na apetyt dziecka… Później sprzątanie pokoju, kąpiel i wieczorne czytanie bajki. Tata czytaj baby book! Czytam, czytam… Night, night Sweetheart! Do zobaczenia jutro o 5 rano w naszym łóżku.

I WIECIE CO?

Nie zamieniłbym tego na nic innego na świecie. Uwielbiam to, kocham to. Każdą chwilę. Obolałe ciało nie przypomina mi o kopniakach ale o cudownie ciepłym oddechu mojej córki wtulonej do nas o poranku. Pobrudzony stół od rozsmarowanego jedzenia przy śniadaniu przypomina o wyciągniętych rękach Heluta, domagającej się, by posadzić ją na blacie w kuchni, by mogła obserwować, jak robię śniadanie. Rozrzucone skarpety po jej pokoju kojarzą mi się z jej bosym tuptaniem po całym mieszkaniu. Bunt kiedyś przecież minie a wspomnienia zostaną. Lepiej więc pielęgnować te pozytywne. Bo niesienie jej do żłobka to z kolei chwila, w której obejmuje mnie mocno i klepie po plecach, nucąc sobie tylko znane melodie. I tak dalej… Każdy dzień, każdy moment, od pobudki aż do zaśnięcia jest jedyny i wyjątkowy. Czasem męczący i wkurzający, chociaż nie tak bardzo, jak rady specjalistów.

[/vc_column_text][/vc_column][/vc_row]