Podobno wszyscy, którzy mówią, że więcej na Goa nie przyjadą to kłamcy. Ja po raz pierwszy zwerbalizowałem moje obiekcje w tym sezonie, które przypadkiem pokrywały się z przemyśleniami Kafi. Helut z kolei ani myśli zamieniać najlepszej piaskownicy na świecie na jakieś parkowe pitu – pitu. Ale powszechnie wiadomo, że dzieci i ryby…

 

Gdy po raz pierwszy wylądowałem na Goa byłem zachwycony. Powietrze przepełnione było zapachem przypraw wymieszanych z mirrą, która skutecznie odstrasza komary. Było ciepło, było tak cudowne inaczej a przede wszystkim było bezczelnie tanio.

Gdy po raz pierwszy zabrałem Kafi ze sobą byłem już goańskim wyjadaczem. Kafi natomiast miała permanentną podjarkę, jak ja podczas pierwszej wizyty. Ja z kolei traktowałem to wszystko z umiarkowaną obojętnością, doprowadzając tym samym do szału Kaficjusza:

 

– Wow! Widziałeś kochanie? Ale c.u.d.o.w.n.e!

– Mhm…

 

i tak dalej… Dość powiedzieć, że kilka razy mieliśmy poważną rozmowę na temat mojego entuzjazmu. Serio.

 

Minęły kolejne dwa lata a my, tym razem w trójkę, udaliśmy się do miejsca, które kiedyś nazywałem swoim drugim domem. Obydwoje wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Ale czy aby na pewno?

 

Hindusi są bardzo otwarci i ciekawi.

 

Szczególnie ci, którzy na co dzień widzą białą twarz tylko w telewizji. Więc, gdy z większych i mniejszych wiosek zjadą się z całą bandą znajomych lub rodziną lub z rodziną i znajomymi, by spędzić weekend nad morzem, możecie być więcej niż pewni, że bez żadnych ceregieli podejdą do was, wezmą wasze dziecko bez pytania na ręce, zaczną je macać po twarzy lub w ekstremalnych przypadkach całować a później pozować do zdjęcia. Pamiętacie fragment „z całą bandą znajomych”? Każdy z indu – ekipy chce mieć swoje własne zdjęcie. Biorąc pod uwagę fakt, że podczas weekendu robi się tłoczno (chociaż w porównaniu z Sopotem to pikuś), z permutacji wszystkich chętnych do zdjęcia wychodzi kosmiczna liczba. Równie kosmiczne jest rodzicielskie wkurwienie, które wzrasta logarytmiczne z każdym kolejnym requestem.

 

Ale słuchajcie, to jest wszystko normalne. To znaczy z socjologicznego punktu widzenia. No bo wyobraźcie sobie, że na przykład w małej wiosce w Polsce nagle pojawia się Murzyn (#niechżyjepoprawnośćpolityczna). Poza kilkoma osobnikami, którzy z nacjonalistycznych pobudek chcieliby spuścić sympatycznemu gościowi wpierdol, większość ludzi chętnie zrobiłaby sobie z nim fotkę.

 

W Indiach jest podobnie. Tylko bez nacjonalistów. To znaczy są nacjonaliści, ale wektor ich działań jest skierowany w zupełnie inną stronę. No i zupełnie inny poziom reprezentuje ktoś, kto przyjechał z Mumbaju, Kalkuty czy Delhi. Ci ludzie nie tylko szanują prywatność innych ale również chętnie z tobą podyskutują na dowolny temat. Co nie zmienia faktu, że trzeba być przygotowanym albo na solidne zajęcia z asertywności i stoickiego spokoju albo na permanentne macanie waszych dzieci.

 

Ten pokaz slajdów wymaga włączonego JavaScript.

 

 Hindusi na Goa są bardzo chciwi.

 

I to niestety powoli odbija im się czkawką. Z roku na rok ceny osiągają niebotyczne poziomy, pozostawiając standard usług i zakwaterowania na niezmienionym poziomie. Gdy pierwszy raz przyjechałem, można było wynająć dom w wiosce za równowartość 350 złotych na miesiąc. W tej chwili płacimy 1000 złotych. W dalszym ciągu tanio, porównując do cen warszawskich. Ale to jest statystycznie ten sam dom, co 5 lat temu, ze wszystkimi jego niedoskonałościami. Jeszcze drastyczniej sytuacja wygląda, jeśli przyjrzymy się cenom chatek na plaży: w tym roku absolutnym królem kosmicznych cen jest pewien resort, który kasuje 450 złotych. Za dobę. Wydawać by się mogło, że za taką cenę dostajemy najwyższej jakości usługi, które postanowiliśmy sprawdzić i udaliśmy się do restauracji:

 

– yes sir?

– can I have spinach soup to start with, spaghetti bolognese and strawberry juice, no sugar added?

 

10 minut później nadciąga sok. Niemiłosiernie słodki. Podejrzanie zbyt czerwony. Po mojej interwencji dostajemy drugi. Naturalnego koloru, który smakuje, jak truskawki. Następnie dostajemy makaron. Pamiętacie, że zamawiałem bolognese? No cóż. Sos jest biały a zamiast zmielonej wołowiny mam kawałki jagnięciny. Incredible India!

 

– excuse me?

– yes sir?

– where’s my soup?

– soup is coming sir, we’re making it…

 

450 złotych za dobę? Macie za swoje. Ten sezon jest najgorszym pod względem frekwencji, dodatkowo dobitym przez sytuację ekonomiczną w Rosji. Wielu restauratorów już splajtowało. Ci, którzy po sezonie przenoszą się ze swoimi restauracjami na północ Indii w tym roku będą pakować manatki dużo wcześniej.

 

Psy zamieniają się w nocy w jakiś zupełnie inny gatunek.

 

Psów w Indiach jest wprost proporcjonalnie do ilości ludzi. Na Goa każdy (a mówiąc każdy, dokładnie to mam na myśli) ma psa. Psy biegają wszędzie. Pieprzą na okrągło wszystkie suki na Goa, sprawiając, że już dawno każdy pies wygląda tak samo. I spoko. Kafi uwielbia psy. Nawet przygarnęła całe stado podczas naszego ostatniego pobytu, co nie skończyło się dobrze (ale o tym może innym razem). Ja lubię psy. Uwielbiam za to koty. Helut lubi psy i uwielbia koty. Kafi, jeśli to czytasz, wyciągnij z tego wnioski. Ale wracając do meritum: jesteśmy z psami za pan brat. W dzień. Bo to, co dzieje się w nocy powoduje, że ma się ochotę pojechać do pierwszego czynnego sklepu z bronią palną i wybić je wszystkie w pień. Serio – te gnojki ujadają w nocy na wszystko. Jak nie ujadają, to wymieniają informacje między sobą. W rzadkich okresach czasu, gdy zajmują się snem(?), budzi się Helut. I tak w kółko.

 

Reasumując – w dalszym ciągu jest pięknie, zdrowo i ciepło, ale wskaźnik ogólnego wkurwienia niebezpiecznie zbliża się do miejsca, w którym następuje otwarcie zaworu bezpieczeństwa i wyborem innego miejsca na spędzenie zimy z dala od zimy. To oczywiście nasza subiektywna opinia, poparta empiryką z poprzednich wizyt. Poznaliśmy tu kilka rodzin z dziećmi z Polski, którzy są tu pierwszy raz i jarają się tym miejscem tak jak my kiedyś. A my? Albo się starzejemy albo w głowach nam się od dobrobytu przewraca.