Myślałam, że na temat karmienia już wszystko zostało powiedziane, że w sieci znajdziemy odpowiedź na każde pytanie. A jednak zostałam wywołana do tablicy i poproszona by jeszcze raz opisać naszą historię ze szczególnym zwróceniem uwagi na kilka kwestii, o których później…

Moja mleczna droga nie była sielanką i idylliczą historią, którą mogłabym opowiadać wnukom. Było różnie, a czasem naprawdę ciężko.
Początek był najgorszy. Jak większość niedoświadczonych mam do momentu pojawienie się dziecka wiedzę czerpałam z książek, ze szkoły rodzenia lub od bardziej doświadczonych koleżanek. Jednak co z tego? W momencie kiedy pojawia się dziecko musimy sobie radzić same, bardziej lub mniej instynktownie.

W pierwszych dniach życia Heli nie miałam pokarmu, przez co kilka godzin po porodzie dałam sobie wmówić położnym, że MUSZĄ dać dziecku mleko modyfikowane. MUSZĄ, bo inaczej będzie zagłodzone. Teraz już wiem, że to nieprawda. Gdy zależy nam na karmieniu mlekiem naturalnym powinnyśmy jak najczęściej przystawiać dziecko by pobudzić laktację, a także by dziecko otrzymało SIARĘ, która w pierwszych dobach po porodzie zapewni noworodkowi wszystkiego, czego potrzebuje. Siara działa jak antybiotyk, wzmacnia odporność dziecka i niewątpliwie jest bardzo ważnym elementem karmienia.

Wiele kobiet które poznałam w swoim życiu są przekonane, że skoro nie mają pokarmu na początku a dziecko płacze, to na pewno się nie najada. Lub gdy mają mleko, a widzą że ma ono jakiś taki jasny kolor, że jest wodniste mówią, że mają za „chude” mleko i nie mogą karmić. To mity. Nie ma czegoś takiego jak za chude mleko. Mleko zmienia swoją barwę i konsystencję, by w poszczególnych miesiącach życia dać dziecku wszystko, co niezbędne do prawidłowego rozwoju.

Po braku pokarmu przyszedł czas na nawał. Po około tygodniu od porodu. Ból piersi, temperatura, wyczuwalne guzki, pierś twarda jak cegła. Wspominam to naprawdę koszmarnie. Pomogło mi masowanie piersi, a także odciąganie laktatorem. Ale odciąganie umiejętne, co oznacza, że nie możemy przesadzić, by z kolei nie pobudzać jeszcze bardziej laktacji. Czyli odciąganie do momentu pozbycia się uczucia przepełnienia piersi a nie do całkowitego opróżnienia jej. Przy nawale, na obrzęk piersi pomagają także okłady z kapusty.

Gdy sytuacja z ilością pokarmu się trochę unormowała, przyszedł czas na pokaleczone sutki. Tylko ja wiem ile razy płakałam, gdy trzymałam Helę w ramionach i mówiłam, że już nie dam rady, że karmię ją ostatni raz. Krew leciała razem z mlekiem. Wtedy od razu zapytałam doradcę laktacyjnego, czy mogę w takiej sytuacji karmić. Poza moim bólem nie było innych przeciwskazań. Pewnie wiele z Was będzie się dziwiło dlaczego nie przestałam. Dlaczego się nie poddałam. Mimo, że wtedy wielokrotnie nad tym myślałam, nie chciałam być słaba. Czułam, że to może być niesamowita przygoda, jeśli tylko dam temu szansę. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego inne kobiety karmią a ja mam się poddać? Powtarzałam sobie, że mam dziecko tu i teraz i niewiadomo czy taka sytuacja się jeszcze kiedykolwiek powtórzy. I tak przetrwałam.

Muszę jeszcze wspomnieć o diecie matki karmiącej. Otóż NIE MA ŻADNEJ DIETY. Nie musimy mieć diety jeśli nasze dziecko nie ma stwierdzonej alergii na konkretny produkt. Zasada jest taka, że lepiej jest zacząć od delikatnych potraw, tak żeby np.5 dni po porodzie nie iść na ostrego hindusa. Ja o tym nie wiedziałam i miałam dietę przez pierwsze tygodnie. Byłam wyczerpana bo większość składników i rzeczy które lubiłam były na czarnej liście. Dlaczego? Nie wiem czemu położna środowiskowa która przyszła do nas z wizytą miała tak stereotypowe myślenie i wiedzę którą zdobyła pewnie z 20 lat temu. Wiedzę nieaktualną, nie mającą nic wspólnego z rzeczywistością. Nawet najnowsze badania mówią że specjalnej diety mieć nie trzeba. Wiadomo lepiej wykluczyć konserwanty i alkohol.

Potem zaczęłam się nad tym więcej zastanawiać i stwierdziłam, że nawet z tym hindusem to pewnie nie do końca tak jest. Bo przecież poprzednią ciążę po części spędzałam w Indiach, Hela znała więc ten smak, śmiem twierdzić, że wcale by to jej nie zaszkodziło. A co jeśli przebywałabym tam po porodzie? Przecież musiałabym jeść to co tam jest… Jakieś mocno naciągane mi się to wydaje że świeżo upieczona mama ma jeść tylko gotowane warzywa i kleik.

A co do ALKOHOLU to pewnie wywołam tym burzę ale… To nie jest tak, że przez cały okres karmienia nie możemy się napić kieliszka wina… Poziom alkoholu w mleku jest dokładnie taki sam, jak we krwi. Gdy poziom we krwi się obniży, ten w mleku także.

By mieć większą pewność, że nie narazimy dziecka, najlepiej nakarmić malucha tuż przed wypiciem drinka. To zwiększy szansę na długą przerwę między karmieniami. Im większe dziecko, tym większa szansa, że jest już ustalony pewien rytm karmień. Często gdy wiemy, że dziecko śpi trzy godziny zaraz po tym, jak położysz je do snu, to może być idealny moment na wypicie lampki wina, która zniknie z organizmu, zanim dziecko obudzi się na karmienie. I żeby wszystko było jasne – nie namawiam do picia alkoholu. Sama nie robiłam tego jakoś często. Wiadomo, że wszystko jest dla ludzi. Osobiście polecam testy na obecność alkoholu w mleku, z których kilka razy skorzystałam.

Tak naprawdę będąc mamą karmiącą można wszystko. Nie wiem jakie to są te wielkie ograniczenia o których mówią niektóre kobiety. Dieta, picie alkoholu, wyjścia ze znajomymi, podróże?
Mi osobiście niejednokrotnie było dużo łatwiej karmiąc piersią, niż koleżankom, które karmiły mlekiem modyfikowanym. Nakarmić mogłam zawsze i wszędzie, nie musiałam ze sobą brać proszków, wody, rozrabiać tego gdzieś na kolanie. Ostatnio dyskusję wywołał artykuł, którego link zamieściłam na facebookowym fanpage „Po co karmię piersią dziecko, które je kotlety”. Nie będę tu się wdawała w dyskusję na temat sensu karmienia, swoje zdanie napisałam. Mam tylko taką refleksję : Ile jadu jest w kobietach? To głównie kobiety komentują: te, które nie karmią piersią krytykują te karmiące i odwrotnie. Dlaczego z taką pogardą patrzymy, gdy ktoś karmi na ulicy? Co nas to interesuje właściwie? Niby nie oceniamy, a jednak…

Dwa lata temu był głośny przypadek, gdy mama karmiła dziecko w restauracji przy stole, ale była przykryta chustą. Ktoś z obsługi lokalu kazał jej się udać do WC w celu nakarmienia dziecka. No i dla mnie takie podejście jest nie fair. Mi też zdarzyło się karmić w śmierdzącym kiblu. I wiecie co? Nigdy więcej. Dlaczego mam się ukrywać? Dlaczego moje dziecko ma jeść w takich warunkach? Co jest złego w karmiącej matce, gdzie i tak nie widać przecież nic więcej poza kawałkiem skóry. To już więcej golizny jest na przydrożnych billboardach. Na to jest przyzwolenie. A kobieta ma się schować, przykryć, zakryć, a najlepiej nakarmić w domu przed wyjściem. WTF ja się pytam?

Wszystko jest kwestią organizacji. To info dla mam, które mówią że nie mogą np. ćwiczyć, spotkać się z koleżanką na kawę czy pójść do fryzjera. Gdy Hela miała dwa miesiące, zapisałam się na fitness 3 razy w tygodniu. Helut był nakarmiony przeze mnie przed wyjściem, a potem po powrocie. Udało się, nikt na tym nie ucierpiał. Można też dziecko przyzwyczaić do butelki i np. raz wieczorem odciągać mleko by nasz partner nakarmił malucha. Same w tym czasie możemy mieć chwilę dla siebie. Naprawdę jest to możliwe, wiele jest w naszej głowie, bo tak naprawdę często same sobie wynajdujemy wymówki. Może to my nie jesteśmy gotowe? Nasze dziecko z pewnością zaakceptuje nowe zmiany, często pewnie nawet nie zauważy różnicy

Już nie muszę chyba pisać o tym jak wygodne karmienie jest na wyjazdach, podczas podróży samolotem lub siedzenia na plaży. W chwilach ząbkowania też bywa zbawienne.

Może kiedyś będzie to czytała karmiąca mama której przytrafi się choroba lub zatrucie. Spokojnie, nawet gdy zdarzają się nam wymioty lub przeziębienie możemy karmić swoje dziecko. Dla nas jest to pewien dyskomfort. Jednak kiedy jesteśmy chore do mleka przedostają się przeciwciała wytworzone przez nasz organizm w walce z chorobą. Dziecko nie zarazi się a wręcz przeciwnie, może być odporniejsze. Gdy ja przechodziłam zatrucie pokarmowe podświadomie bałam się, że Hela się zarazi. Nic takiego nie nastąpiło.

Miałam chwile zwątpienia, nie raz, nie dwa. Moje dziecko było cycoholikiem do potęgi. Czasem i co 20 minut domagała się piersi. Jednego dnia, gdy byłam bardziej zmęczona doprowadzało mnie to do frustracji. Innego brałam to za coś naturalnego. Wiedziałam, że to nie będzie trwało wiecznie. Czytałam i pogłębiałam wiedzę, byłam pewna, że daje jej dawkę bliskości, więzi emocjonalnej i odporności. Nasza przygoda z karmieniem zakończyła się jak Hela miała 18 miesięcy. Gdyby nie fakt, że w moim przypadku karmienie blokowało możliwość zajścia w ciążę i byłam już tym bardzo zmęczona, być może trwałoby to jeszcze dłużej.

Teraz Hela ma dwa lata i ma niesamowitą odporność – mimo pójścia do żłobka nie chorowała ani razu. Jest zadowolonym, mega otwartym i odważnym, wiecznie uśmiechniętym dzieckiem.

Nie nastawiam się jak to będzie z następnym maluchem, choć nie ukrywam, że bardzo bym chciała znowu móc karmić. Uważam to za dar, który mamy. Może czasem wydaje nam się, że to trwa wieki ale w skali całego naszego życia to tylko krótki epizod. Przepiękny ale krótki czas, dlatego ja jestem na tak.