Idę do sklepu. Mijam zaparkowane samochody i rozkminiam. Niektórych właścicieli znam z widzenia. Jeszcze innych znam na tyle, że przybiję z nimi piątkę, jak się spotkamy na ulicy. Innych nie znam wcale. Większość z nich ma rodziny, dzieci. Normalni ludzie, co do zasady powiedzą dzień dobry, uśmiechną się w osiedlowym sklepie. I nie jestem w stanie ogarnąć jednej rzeczy – jak to jest, że ci sami faceci za kółkiem zamieniają się w troglodytów, z wyobraźnią na poziomie gekona?

Spędziliśmy weekend poza domem. Łącznie przejechaliśmy z Helutem i Hanutem prawie 1000 km. Warunki po drodze różne – od pięknego słońca, po padający śnieg. Jeden wspólny mianownik łączy całą naszą podróż – od momentu wjazdu na autostradę większość kierowców odpina wrotki. Pal licho, gdy ruch jest niewielki a pole do popisu duże. Niech gnają. W końcu być 15 minut szybciej u celu to dla niektórych szmat czasu. Ale gdy ruch jest bardzo duży i większość kierowców ciśnie 120 zamiast 140, wtedy dla niektórych zaczyna się dramat. Widać, że nie do końca mogą pogodzić się z ograniczeniem ich obywatelskiego prawa do popierdalania minimum 140 km. Mrugają światłami, bo przecież po co się zastanowić, że przed nimi nie jedzie tylko jeden samochód a kilkadziesiąt. Jedni pokornie zjeżdżają na prawy pas, ustępując należne miejsce „krulom szos”, inni twardo cisną w sznureczku po lewej stronie, powodując frustrację pana za nimi. Gdy frustracja sięga zenitu, „krul” postanawia wyprzedzić z prawej. Wbija się milimetry przed „maruderem”, czasem jeszcze ostentacyjnie hamując dla udzielenia lekcji pokory. I tak dalej, samochód za samochodem.

Nie kumam tego. Przecież ci ludzie też mają rodziny. Być może niekoniecznie z nimi w samochodzie. Ale na bank ktoś na nich czeka w domu. A najbardziej wkurzające w tym wszystkim jest to, że „krul” powodując wypadek udupia innych na autostradzie na kilka godzin. Przy takim intensywnym ruchu, jaki był wczoraj drobna stłuczka momentalnie generuje kilkunastokilometrowy korek.

Wizję spędzenia nadprogramowo kilku godzin ekstra w korku z dwójką wyjących dzieci z powodu błędu drogowego ciśnieniowca agencje powinny wykorzystać w kampanii społecznej.

I wiecie co? Nie chodzi mi o to, żeby każdy był święty za kółkiem. Ja sam nie jestem i swoje za uszami mam. Przekraczam czasem prędkość. Nie zawsze jestem oazą spokoju i wkurzam się na innych kierowców. Ale nigdy, przenigdy nie stworzyłem sytuacji zagrażającej bezpieczeństwu na drodze. A tymczasem wydaje mi się, że z samochodami to chyba trochę tak, jak z Internetem. Każdemu wydaje się, że jest anonimowy. Do czasu większej lub mniejszej drogowej wtopy. Wtedy trzeba przecież wyjść z tej swojej samotni na kółkach (o ile nie jest się poważnie rannym lub martwym) i spojrzeć w oczy drugiej osobie.

Ale, żeby nie było, że tylko cisnę gromami – faktem jest, że widać poprawę na polskich drogach. Takich „krulów” pojawia się dużo mniej, niż kiedyś. Również u mnie na dzielni widzę dużo zmian – co do zasady większość kierowców przepuszcza pieszych i ogólnie jeździ się wolniej. Gdyby tylko jeszcze rowerzyści mieli trochę więcej pokory i wyobraźni, byłoby super, ale wiadomo – nie można mieć wszystkiego.

Dobrego dnia dla was, niezależnie, czy czytacie to stojąc w korku, czy siedząc na kanapie w domu 😉