Woda z tej dużej kałuży, która wpada i wypada do i z mojej piaskownicy dziwnie smakuje. I jak się w niej zanurzę lecą mi potem gluty z nosa. Wkurzają mnie te dziwnie kobiety, które łapią mnie za poliki i jarają się za każdym razem, gdy mnie widzą: haj bebi! Bebi – srebi…

 

Dziś w piaskownmała biała w Indiachicy dorwałam super wózek. Był super, bo nie był mój! Dlaczego rodzice nie mogą zrozumieć, że wszystko co nowe równa się fajne? Marcus, który przyjechał w wózku od razu musiał strzelić focha, że się do jego fury dostawiam. Bez sensu, bo łaskawie pozwoliłam mu w zamian wejść na mój ultra festyniarski lansiarski samochód, który dostałam od taty i którym się wożę po okolicy. Marcus dostał takich spazmów, że spadł z mojego dyliżansu, co oczywiście tylko pogorszyło sprawę. A to mnie rodzice nazywają „drama queen”. Pfff… 

Umiem się już wspinać na wysokie przedmioty. Łóżko rodziców jest już prawie w zasięgu moich umiejętności.  Za to krzesła i leżaki na plaży wciągam na spokojnie, jak mleko z cycka mamy. Nie rozumiem tylko tej paniki w oczach rodziców. Po co niby łażą za mną krok w krok? Lepiej niech łapią za aparat i dokumentują mój progres, bo jak za kilkanaście lat o coś zapytam, to będą się wykręcać, że nie pamiętają. Jak żyć?

Dostałam też od nowej cioci z Polski marchewkę. W końcu ktoś zrozumiał, że swędzą mnie dziąsła i potrzebuję się podrapać. A jak mam to niby zrobić krewetkami, naan’em lub co gorsza wieczorną kaszką?

A tak w ogóle, to dziś w nocy muszę postawić mamę i tatę do pionu, bo się rozbisurmanili strasznie. Myślą, że jak dwie noce padałam ze zmęczenia i przesypiałam ciągiem 8 godzin, to już są w krainie miodem i mlekiem płynącej. Mlekiem i owszem. Ale to moja kraina. A propos mleka… Mama, mama, mamaaaaa!