Wszystkie dzieci podobno najgorzej zachowują się przy rodzicach, ze szczególnym naciskiem na mamy. Może tak jest, może nie – nie wiem. Ale obserwując moją żonę stwierdzam, że czasem po prostu za bardzo cacka się z naszą córką. Ale to nie jej wina. Myślę, że każda matka nosi w sobie ten pierwiastek.

Ale po kolei…

Cudnie jest obserwować subtelne zmiany w zachowaniu własnego dziecka. Takie drobne niuanse i smaczki, które powodują, że w waszym mózgu wystrzeliwują fajerwerki i układają się w napis WOW!

Helut zaczął patrzeć mi głęboko w oczy i dużo więcej mówi o swoich uczuciach. I’m happy – mówi do mnie, układając puzzle. I love you – powiedziała mi niedawno, gdy leżała już w swoim łożeczku i gładziliśmy się nawzajem po włosach.

To są wszystko niesamowite smaczki dla każdego rodzica. Ja na przykład po tym wieczornym „I love you” wyszedłem z jej pokoju na miękkich nogach i z mokrymi oczami. No kurcze, czy może być coś piękniejszego, niż usłyszeć od własnego dziecka, że cię kocha?

W ogóle ostatnio zastanawiałem się, jaki okres z tych dotychczasowych w byciu tatą był najfajniejszy. I zawsze odpowiedź jest ta sama: ten obecny. Tu i teraz jest najfajniej, najwięcej się dzieje, jest największa interakcja. Wcześniej też było fajnie, ale…

Zapytałem kiedyś mojego brata, który okres był dla niego najfajnieszy, jako rodzica. Wiecie, co odpowiedział? Oczywiście ten, który jest teraz.

Czasem jest cholernie ciężko, to fakt. Nie mówię tutaj ogólnie, z punktu widzenia rodziców, wspólnie. Mówię o byciu tatą. Wiadomo, że kobiety narzekają non stop, że nie są doceniane przez swoich facetów za bycie paniami domu. Że nikt, poza nimi nie wie, jak cholernie ciężko jest spiąć to wszystko w jedną spójną, czystą i w dodatku działającą całość. Wiadomo, że ogarnianie mieszkania nie jest łatwe. Szczególnie, gdy w pakiecie masz dziecko, które robi w domu armageddon albo, co gorsza – dwójkę małych bohaterów, dla których poczucie estetyki dorosłych jest totalnie obce. Ale wracając na chwilę do taty: nam również nie jest łatwo. Mamy swoje stresy w pracy, swoje wyzwania, swoje krzyże, które wnosimy na swoje góry cierpienia. Ale to wszystko jest bez znaczenia, dopóki obie strony wspierają się nawzajem w tym, co robią. Nie ma nic gorszego, niż zlekceważenie błyszczącej podłogi i pachnących czystością ciuchów, poukładanych z pietyzmem w szufladzie. Ale z drugiej strony nie ma też nic gorszego, niż ciśnienowanie, kiedy w końcu będzie nas stać na wakacje marzeń, nowy samochód, czy nowy sprzęt AGD. Nie zawsze dostajemy to, co chcemy. Tak samo, jak nie zawsze w domu będzie pachniało czystością.  Ale warto pielęgnować dostrzeganie tych drobnych niuansów, ponieważ sprawiają one, że czujemy się potrzebni i bardziej wartościowi.

IMG_0168

Powinniśmy więcej czerpać od naszych dzieci. Z ich worka z napisem „niewinność” i „bezpośredniość”. Dziś na przykład Helut dziękował Kafi za świeżą pościel, mówiąć, że jest cudowna i pachnąca. Strasznie to rozczulające było, tym bardziej, że nikt jej przecież nie kazał tego mówić. Nasze dzieci dużo obserwują, patrzą na interakcje, jakie zachodzą pomiędzy rodzicami i przeszczepiają je na swój grunt. Faktem jest, że u nas słowa takie jak dziękuję, proszę i przepraszam są w codziennym użyciu. I to jest fajne, bo tworzy niesamowicie ciepłą atmosferę.

Założe się, że większość z was podłapuje od naszych pociech ich neologizmy i przekręty językowe, które na stałe goszczą w naszym słowniku. Warto podłapywać również i inne rzeczy, bo od naszych dzieci również możemy się wiele rzeczy nauczyć. A jeżeli będziemy tylko cały czas do nich gadali zamiast słuchali, to niczego się nie nauczymy, bo uczyć możemy się tylko słuchając innych, prawda?

Obserwując te wszystkie interakcje, w które wchodzimy z naszą córką zastanawiałem się przez ostatnich kilka dni nad tym, dlaczego kobietom – matkom co do zasady jest ciężej, niż facetom – ojcom w aspekcie rodzicielstwa, jako takiego. Pomijając oczywiście niuanse natury biologicznej, dochodzę do wniosku, że u nas większość problemów i frustracji rozbija się o relacje dziecko – matka. To samo dziecko, dwa różne zachowania. Macie też tak u siebie? Z mamą wiecznie jęczenie, nawoływanie „mamo, gdzie jesteś?”, usypianie to wyzwanie nie mniejsze, niż finał US Open. Z tatą wszystko wygląda prościej, wszystko jest „ok daddy”: zasypianie w dwadzieścia minut, ubieranie w pięć. Gdy czasem zostaję z Helutem sam i mam do ogarnięcia chatę, zawsze odbywa się to bez większych problemów, bo Helu w tym czasie bawi się sama w swoim pokoju a ja zajmuję się sprzątaniem. Po prostu mówię, jak wygląda sytuacja i córka zajmuje się sobą. Ta sama sytuacja z Kafi w roli głównej po prostu nie miałaby racji bytu, bo Helut wymagałby cały czas atencji ze strony mamy.

DSC01791

Jak obserwuję walkę Kafi z Helutem, to od razu rozumiem jej rozdrażnienie i ogólne zmęczenie, spotęgowane dodatkowo końcówką ciąży. Na jej miejscu najchętniej spakowałbym się i wysłał paczką w kosmos. Pytanie, czy można doprowadzić do jakieś zdrowej równowagi pomiędzy stosunkami na linii mama – dziecko z tymi, które obowiązują na linii ojciec – dziecko? Nie sądzę. Kobiety mają tę uprzywilejowaną pozycję, że są połączone niewidzialną nicią macierzyństwa z dzieckiem i chyba nie ma siły, która mogłaby to zmienić. Do tej niewidzialnej nici podoczepiane są również karteczki z takimi zdaniami, jak „toleruję”, „pozwalam”, „nawet, jak nie pozwalam, to pozwalam”, „możesz”, etc…

Przypomnijcie sobie wasze domy, domy waszych znajomych. Ile razy słyszeliście sakramentalne „poczekaj, aż tata wróci z pracy!”? Coś w tym wszystkim musi być, że jednak dzieci zasadniczo czują większy respekt przed ojcami. I nie chodzi tutaj specjalne o aspekt siły czy o stosowanie przemocy. Nigdy nie dałem klapsa Helutowi, chociaż nie raz moja anielska cierpliwość była wystawiana na, mogłoby się wydawać, próbę ostateczną.

I’m not asking, I’m telling

To jest moja zasada, którą staram się wdrażać w relacjach z Helutem. Oczywiście tylko w tych relacjach, które w domyśle mają za zachęcić córkę do określonego działania, jak posprzątanie jej pokoju, ubranie się, czy umycie zębów. Oczywiście popieram moje oznajmianie tłumaczeniami dlaczego wymagam wykonania określonych czynności, kończąc każde zdanie pytaniem „ok?” I tak dopóki, dopóty nie padnie z ust Heluta sakramentalne „ok”. Wierzcie mi, czasem pytam po 20 razy. Ale efekt jest taki, że jak już Helut odpowie opornie „ok”, to co do zasady dotrzymuje słowa i można ją na przykład ubrać lub położy się spać i nie zawoła „daddy” po 5 minutach. Nie jest to może nic odkrywczego, bo przecież każdy dąży do tego, by dziecko nie wchodziło nam na głowę ale w moim przypadku sprawdza się znakomicie. Co z tego, skoro ta sama zasada nie działa, jeśli chodzi o Kafi? Kobiety mają chyba po prostu wpisane większe użeranie się z własnymi pociechami w ich statutową działalność, czy tego chcą, czy nie. Można oczywiście próbować zminimalizować ten efekt, ale czy to nie jest czasem walka z wiatrakami?