Najmłodsza i najbardziej bezczelna blogerka świata wróciła! Na dzień dobry tradycyjnie ponarzekam, bo to, co się dokoła mnie wyprawia jest prawdziwą zbrodnią wymierzoną we wszystkie prawie dwulatki na świecie. Posłuchajcie…

 

Zacznijmy od tego, że są wakacje. Nie chodzę do żłobka i siedzę z rodzicami na świ, tzn. wsi. Mama codziennie powtarza, że mam tu prawdziwy raj. No więc sprawdziłam sobie w wikipedii, co to znaczy.

Wyraj, Raj, Irij – według wierzeń słowiańskich bajeczna kraina, do której na zimę odlatują ptaki i z której przychodzi wiosna[1], a także (w folklorze) z której przybywają bociany niosące dzieci[2].

Bajeczna kraina? To śmiech na sali w żłobku! Tylko wieczorem mogę obejrzeć moją ukochaną Peppę, więc całą tą bajeczność można sobie między bajki włożyć. Widziałam też kilkanaście razy bociana i nigdy nie niósł dziecka. Więc mam dwie teorie: pierwsza to taka, że mama ściemnia mi o tym raju na maksa. Druga to taka, że wiki kłamie a przecież wiadomo, że wiki nigdy nie kłamie, więc logiczne, że mama (nie po raz pierwszy zresztą) nagina rzeczywistość.

Ale dobra, to jeszcze jestem w stanie jakoś przeboleć. Nadrabiam zaległości w oglądaniu Peppy jak wszyscy śpią. A bociany średnio mnie interesują, bo wolę żaby i koty. Dużo bardziej wkurza mnie tata. Obczajcie taką sytuację:

Tata do mamy mówi po polsku.

Tata do babci mówi po polsku.

Tata do dziadka mówi po polsku.

Ogólnie tata do wszystkich mówi po polsku.

Zgadnijcie, w jakim języku tata mówi do mnie?

Po polsku? Nie! To byłoby zbyt proste. Tata mówi do mnie po angielsku. Rozumiecie coś z tego? Gdzie tu konsekwencja? Gdzie logika? Tato, jeśli to czytasz, to ogarnij się, bo ja nie jestem w stanie tego ogarnąć. Wszystko mi się w głowie myli. Mówię: „look, house!” – dziadek nie wie o co chodzi. Mówię „zobacz, dom!” – tata udaje, że nie wie o co mi chodzi i poprawia. No mówię wam, istny cyrk na kółkach…

Ale to też jestem jeszcze w stanie przeboleć, bo w sumie Peppę też oglądam po angielsku i dzięki temu ogarniam, o co chodzi. Jest jednak coś, co nie pozwala mi spać po nocach. I nie, nie są to zęby. Najbardziej wkurza mnie to, że non stop muszę walczyć o wszystko. Normalnie nic do nikogo nie dociera za pierwszym razem. Czy w tym domu wszystko trzeba załatwiać płaczem? Nic innego mi nie pozostaje, co wydaje mi się niezłą patologią. Chcesz zabawkę i ładnie prosisz i… nic. Zero efektu. Zaczynasz płakać i od razu i zainteresowanie się pojawia. Czasem zainteresowanie przynosi ze sobą rzeczową zabawkę.  Nie chcesz jeść, bo wolisz rysować? Nie ma opcji. Ale zacznij płakać i nagle niemożliwe staje się możliwe. Nie kumam tego, bo jakoś nie widzę, żeby tata płakał przy mamie. Mama to co innego, bo cały czas chodzi i chlipie pod nosem; a to jakiś filmik wzruszający zobaczy na sieci a to jakieś zwierzątko zginie i od razu jest pochlipywanie.

Na koniec chciałam wam powiedzieć, że fajnie, że udało mi się podstępem zwabić całą moją rodzinę do wspólnego pisania. Ale o tym, jaki to był podstęp może innym razem, bo teraz lecę się rozprawić z moją kuzynką, która zabiera MOJE zabawki bez pytania ani nawet płaczu. Może i jestem najmłodszą blogerką świata, ale o swoje umiem walczyć.