Gdy dwa dni temu szłam ulicą i czytałam posta, którego napisał mój mąż śmiałam się na głos tak, że ludzie się na mnie patrzyli z zainteresowaniem. W pewnym momencie musiałam przestać czytać, niektóre z Was pewnie wiedzą jak to jest w ciąży z dużą ilością śmiechu i brakiem kibelka obok. Także w domu na spokojnie już dokończyłam czytanie i z uśmiechem stwierdziłam, że ten poranek nie będzie już dla mnie traumą, o której lepiej jak najszybciej zapomnieć. Będzie historią, o której będziemy pewnie długo pamiętać. Dzięki temu łatwiej było przebrnąć przez ten dzień do końca, pomimo, że cały do łatwych się nie zaliczał.

Nie musieć nic. No właśnie… Macie tak czasem, że bardzo chcecie przez chwilę poczuć, że nic nie musicie? Zapomnieć o górze prania do zrobienia, o zakupach, o nadaniu paczki na poczcie, dopilnowaniu pracowników, odebraniu dziecka ze szkoły, zawiezieniu psa do weterynarza, ugotowaniu obiadu. Czy marzycie o tym, by usiąść w słońcu i przez godzinę siedzieć z kubkiem kawy i obserwować mijających Was ludzi?

Ja tak mam.

Przez ostatnie kilka dni kiedy biegałam jak przysłowiowy kot z wywieszonym pęcherzem i zagalopowałam się tak, że nie wiedziałam nawet czy moje dziecię w brzuchu się ze mną komunikuje. Czy kopie, czy pływa czy tańczy rock & roll’a. Nic. W taki wir obowiązków wpadłam, że zapomniałam o tej naszej fasolindzie. Postanowiłam więc, że dziś będzie taki dzień kiedy do 15 wrzucam sobie na luz. Nie robię nic, a jeśli już coś będę musiała ogarnąć, to w bardzo ograniczonym zakresie. Bez gotowania, sprzątania oraz całej masy innych obowiązków. Od 15, gdy odbiorę Heluta będzie czas na długi spacer, szaleństwo w sali zabaw, wspólne gotowanie oraz zabawy w domu.

Teraz zaparzyłam sobie pokrzywę i naszły mnie moje rozkminki, ciekawa jestem jakie jest Wasze zdanie i jak to jest u Was.

O PRZYJAŹNI

Bardzo mi brakuje bratniej duszy. Owszem, mam wspaniałego męża i córkę, z którymi uwielbiam spędzać czas ale…
Całe życie miałam bardzo dużą grupę znajomych, bliższe koleżanki oraz przyjaciółkę. Jedna mi wystarczała. Po 30 latach czuję, że nikt z nich nie został. Nie mam nikogo, kto byłby mi bardzo bliski i na tym samym etapie w życiu co ja. Bo ciężko jest, by zrozumiała nas koleżanka, która imprezuje co weekend lub kolega, którego jedynym zmartwieniem jest to czy wybrać Bali czy Kanary na następny wypad. Rozmawiając o tym z mężem stwierdziłam, że po prostu może nikt mnie nie lubi. Może nie jestem fajna, ciekawa, warta uwagi.

DSC01432

Wczoraj na chwilę spotkałam się z dwiema koleżankami i chwilę o tym pogadałyśmy. Jakże wielkie było moje zdziwienie gdy powiedziały, że u nich jest podobnie. Też nie mają już przyjaciół z dzieciństwa i też czują się samotne.
Trochę mi ulżyło a potem pomyślałam, że jednak w sumie to smutne. Przyjaźnie nawiązujemy w podstawówce lub w liceum, nie zdając sobie sprawy z tego, że często są to znajomości do końca życia lub przynajmniej na wiele, wiele lat. Podobne zainteresowania, tryb życia, zapatrywania. Wiele czasu spędzonego razem na wspólnych wypadach na miasto, spacerach, rozmowach do rana, wyjazdach pod namiot. Wzloty i upadki, wszystko razem. Do tej pory pamiętam jak lubiły u mnie nocować koleżanki, jak gadałyśmy przy winie o facetach, życiu, planach.

Teraz nie ma nikogo takiego. Jestem otwarta na nowe znajomości ale ludzie żyją mega szybko i powierzchownie. Niby poznaję jakąś dziewczynę, która wydaje się być miła i ciekawa, rozmowa idzie gładko po czym pada „no to cześć”. Nie ma wymiany numerami, czy chociażby podania sobie namiarów na fejsie. Każda biegnie szybko ze swoim dzieckiem, do swojego domu by tam czekać na swojego faceta.
Siłą rzeczy nie możemy już poświęcać tyle czasu na znajomych, ile zapewne byśmy chcieli. Bo jest po prostu inaczej. Tęsknimy za czymś co było kiedyś i prawdopodobnie już nie wróci nigdy – to wczoraj powiedziała moja koleżanka. Zmartwiło mnie to.
A mi dalej naiwnie marzy się grupka przyjaciół, ludzi z którymi można pogadać na każdy temat, pośmiać się przy winie, pograć w scrabble lub pójść na lufkę do przydrożnego baru. Uwielbiałam oglądać „2 Broke Girls”, marzyć właśnie o takiej paczce i takim miejscu gdzie wiesz, że ich spotkasz nawet bez umawiania się z miesięcznym wyprzedzeniem. Tymczasem jest pustka.

A u Was? Jakie są Wasze przyjaźnie?

NIE MUSIEĆ NIC…

A wracając do spraw przyziemnych, jakąś mamy ostatnio kiepską passę i poranki nie wyglądają tak różowo jak kiedyś. Muszę wspomnieć o tym,że nasza córka postanowiła się obudzić o nowej godzinie 5.40. Zupełnie nie wiem dlaczego poszedł do niej mój mąż, mimo, że mamy niepisaną umowę, że on zajmuje się chodzeniem do małej w nocy a ja już przejmuję ją rano. Zbiło mnie to z tropu. Gdy nie wracał z jej pokoju postanowiłam napisać mu smsa, że robimy zamiankę i niech on się jeszcze prześpi a ja pójdę. I wtedy stało się to… Wzięłam do ręki mój telefon i okazało się, że nie działa. Wtedy pomyślałam, że tak najwidoczniej miało być, że to ja mam dziś fory i mogę dalej pospać a telefon podłączyłam do ładowarki. Kilka godzin później okazało się, że byłam w błędzie – to nie ładowarka a wyświetlacz, który najzwyczajniej w świecie padł. Dlaczego? Tego nie wiem. Mąż zabrał i oddał telefon na gwarancji do serwisu, jednak z tydzień pewnie będę musiała poczekać. Dla mnie, osoby która bez telefonu czuje się jak bez ręki będzie to niezłe wyzwanie. Ale pewnie się przyda. Zapewne tak miało być.

Kolejna i ostatnia sprawa o której chcę wspomnieć to nasza 25-cio miesięczna córa, która od wczoraj jest oduczana załatwiania swoich potrzeb do pieluszki… Niby wszystko rozumie, sama mówi, że jest już dużą dziewczyną a duże dziewczyny robią siku na nocnik, po czym 10 minut przed wyjściem z domu stoi w salonie i sika na drewnianą podłogę. Sukienka, bodziak, rajstopy i majtki wszystko do przebrania. Czas automatycznie się kurczy, ciśnienie rośnie. I nawet nie mogę tego uwiecznić na telefonie. Choć w tym wypadku to chyba i lepiej.

A tymczasem zmykam, by nie musieć nic.