Dzieci. Są cudowne, dostarczając nam wielu niezapomnianych chwil – nie tylko tych pięknych, ale również tych pełnych frustracji i zrezygnowania. Są również niesamowitym katalizatorem rutyny. Każdego dnia wykonujemy te same czynności, wciąż i wciąż od nowa. A nie od dziś wiadomo, że rutyna jest cichym zabójcą naszego kolorowego, dobrego życia. U nas nie było inaczej – niby wszystko ładnie, pięknie. Niby codziennie mówimy i pokazujemy sobie, że się kochamy i wspieramy ale w pewnym momencie kolory naszych dni i naszych gestów robią się coraz bledsze.

Poznajcie niespodziewaną historię, która pozwoliła nam zresetować optykę na nasze codzienne obowiązki. Historię, która pokazuje, że nie trzeba  szukać wysublimowanych miejsc gdzieś daleko na mapie, by złapać chwilę oddechu. Bo równie fajne mamy pod swoim nosem.

Zacznijmy od zadania sobie pytania: kto normalny wynająłby hotel w mieście, w którym mieszka? Na myśl przychodzi mi kilka scenariuszy:

– twoje mieszkanie zostało zdemolowane przez stado żbików przechodzących akurat obok

– twoje życie zostało zdemolowane przez twojego (najprawdopodobniej byłego już) partnera

– jedziesz na „delegację”

Ale cała rodzina, która postanawia spędzić kilka dni poza swoim domem, nie ruszając się ze swojego miasta? Po co?

Żeby pozbyć się rutyny ze swojego życia, jednocześnie nie pozbywając się jej. Brzmi trochę enigmatycznie, ale podobno badania pokazują, że jeśli codziennie, przez cały rok pokonujesz tą samą trasę, odprowadzając na przykład swoje dziecko do przedszkola a później, pewnego dnia zmienisz tą trasę na inną, to wszystko wydaje się takie… inne i ciekawsze. Bo zabijasz rutynę.

A teraz wyobraźcie sobie, że cały wasz dzień wygląda tak samo, jak wyglądał do tej pory, poza jednym, małym niuansem – śpicie poza domem. W miejscu, gdzie nie musicie się troszczyć o śniadanie, o sprzątanie, o ścielenie łóżka. W miejscu, gdzie budzisz się w szeleszczącej pościeli, a w restauracji czeka na ciebie pyszna kawa, croissanty i wiele innych pyszności, bo o całe menu dba mistrzowski szef kuchni i jego team.

Po takim rozpoczęciu dnia podróż z dzieckiem do przedszkola to jak spacer w chmurach. Mijacie inne budynki. Dziecko zadaje inne pytania. To samo miasto a takie inne. Po drodze jaracie się tak, jakby był to pierwszy dzień waszego dziecka w przedszkolu. Korki to nie przekleństwo, ale okazja do pogawędki. Pan wymuszający pierwszeństwo nie generuje dziś wiązanki z twoich ust, a rysuje jedynie luźny uśmiech zrozumienia. Brzmi jak kiepskie copy z aspirującej agencji? Być może, ale to prawda.

STALOWA 52

My wynajęliśmy nasze mieszkanie na jeden dzień i musieliśmy coś ze sobą zrobić. Z dużym wyprzedzeniem zaaranżowaliśmy sobie więc kilka dni poza Warszawą, tylko po to, by tuż przed naszym wyjazdem zderzyć się z szyderczą rzeczywistością, która spłatała nam figla. W poszukiwaniu alternatywy dla tej „przymusowej bezdomności” braliśmy nawet pod uwagę wypad do naszej ostoi spokoju, ale niestety – Baczki nie są miejscem całorocznym a prognozy pogody absolutnie nie były sprzyjające. I wtedy Kafi, nasza rodzinna złota medalistka w zacnych pomysłach wyskoczyła z tekstem: „a gdyby tak ogarnąć jakiś fajny hotel w Warszawie?”. Zanim mój mózg oswoił się z tą opcją, Kafi już zaczęła ogarniać temat. Dzięki temu okazało się, że zostaliśmy zaproszeni do spędzenia dwóch nocy w wyjątkowym miejscu, jakim jest butikowy Aparthotel Stalowa 52.

RELAKS

Na miejscu wylądowaliśmy późnym popołudniem ale zanim udaliśmy się do naszego pokoju, który nazywał się „Infra Red”, postanowiliśmy zafundować sobie chwilę przyjemności (o ile to możliwe w przypadku dwójki pełnych energii crittersów) i udaliśmy się do przeszklonego patio na kawę i ciacho. Na nasze szczęście w patio znajdował się również kącik dla dzieci, więc mieliśmy jakiś kwadrans dla siebie, zanim wszystkie zabawki się znudzą a „Helut & Hanut Spółka z Zerową Odpowiedzialnością” przystąpią do eksploracji pozostałych zakamarków.

Podczas gdy kofeina i cukier powoli rozgaszczały się w naszych organizmach, my równie powoli rozgaszczaliśmy się w naszym pokoju. I teraz mała dygresja – mieszkamy na parterze. Nasze podłogi są zimne i praktycznie zawsze nasze dzieci pomykają w kapciach. Możecie więc sobie wyobrazić radość Heli i Hanki, gdy mogły pobiegać boso po pokoju a później powygłupiać się na golasa w łóżku. Szach – mat dla rutyny. Dla nas również wieczór upłynął pod znakiem relaksu. I o dziwo, nie zmąciła go nawet nasza laktacyjna terrorystka, która każdej nocy doprowadza Kafi do frustracji.

Wiecie, co nam najbardziej zaimponowało w naszym pokoju? Kuchnia! Zwykła kuchnia, z płytą grzejną, zestawem garnków i miejscem na twórczość kulinarną. Bo oczywiście można zjechać na dół i delektować się wysublimowanymi, restauracyjnymi smakami. Ale można też skoczyć na przykład do oldschoolowego spożywczaka przecznicę dalej, pogadać z rześką starszą panią, która pewnie od urodzenia mieszka w kamienicy nad sklepem, zna wszystkich swoich klientów, jak własne wnuki i kupić produkty a później upichcić coś w pokoju. Pełna dowolność!

DZIEŃ DOBRY, PRAGO!

No pewnie, że dobry, bo po pierwsze mogliśmy pospać dłużej, a po drugie nie musiałem rozkminiać, co przygotować na śniadanie, żeby te małe glony były zadowolone. Po odwiezieniu starszaka do przedszkola każdy z nas zajął się swoimi zadaniami, jak gdyby nigdy nic. Z tą małą różnicą, że byliśmy totalnie naładowani pozytywną energią.

Stalowa 52 znajduje się w typowej praskiej okolicy, otoczona zdewastowanymi, przedwojennymi kamienicami. To jest mój klimat, bo chociaż nie urodziłem się na Pradze ani tym bardziej w Warszawie, to na Śląsku, skąd pochodzę, poniemieckie, w większości niszczejące „familoki” są na stałe wpisane w DNA regionu. Przechadzając się po okolicy czułem się, jakbym przeniósł się do czasów dzieciństwa. Specyficzny klimat zabudowy, obskurne oficyny i totalnie niezachęcające do wejścia klatki schodowe, które kiedyś z pewnością zachwycały bogactwem zdobień, dziś stały się elementem rutyny dla okolicznych mieszkańców. Dla mnie jednak były podróżą w czasie.

Natomiast bardzo podoba mi się kierunek, w którym poszła rewitalizacja kamienicy przy Stalowej 52. Myślę, że gdybym kiedyś wygrał miliony monet, to właśnie tak odnowiłbym moją własną kamienicę, którą specjalnie do tego celu bym nabył. Uwiodła mnie dyskretna elegancja, która nie przytłaczała oraz ciepło designu, który pomimo wielkiego industrialnego pierwiastka nie był przerysowany i sprawiał, że czuliśmy się, jak w domu. A to wszystko w pełnej symbiozie z niewymuszoną elegancją i niezwykle ciepłym traktowaniem gości przez ekipę Apart Hotelu. Czuliśmy się rozpieszczeni a to bardzo rozwścieczyło naszą codzienną rytunę.

Do domu wróciliśmy wypoczęci i zrelaksowani, z mocnym postanowieniem, by raz na jakiś czas nie dać się rutynie a przy okazji poznawać warszawę okiem „para – turysty”.

PS: o sile rutyny niech świadczy fakt, że dziś, gdy po wieczornym usypianiu Heluta wyszedłem z jej pokoju, zrobiłem to, co zawsze – powiedziałem do Kafi: Hela śpi, idę z Bubą na spacer. Już miałem wołać naszego chomiko – psa, gdy przypomniałem sobie, że sprzedaliśmy ją teściom na kilka dni.

GALERIA

APART HOTEL STALOWA 52
PROFESJONALNY SERWISKUCHNIA W POKOJUWYSTRÓJ
ZDECYDOWANIE ZA KRÓTKI POBYT
4.9Wynik ogólny
PRZYJAZNE DZIECIOM
ATRAKCJE DLA DZIECI
KLIMATYCZNOŚĆ
Ocena czytelników 7 Głosów