Wam, rodzicom to się wydaje, że wszystko w naszym dziecięcym życiu upływa na samych przyjemnościach. Że normalnie nic innego nie robimy, tylko sikamy tęczą. No więc nic z tych rzeczy, drodzy dorośli. Jeśli chodzi o życie, mamy bardziej przerąbane, niż Kubuś Puchatek, któremu właśnie skończył się miód.

Zacznijmy od pobudki, która jak wiadomo powinna przebiegać naturalnie. A tymczasem jest tak, że wchodzi tata i od razu z grubej rury wali „good morning”. No czy ja wam „good morninguję” na dzień dobry? Nie! Nigdy tego nie robię – po prostu wbijam do waszego łóżka i spokojnie się przytulam. Moglibyście brać ze mnie przykład.

Później wcale nie jest lepiej, bo czekają mnie negocjacje z mamą odnośnie tego, co mam założyć. Mama nie potrafi zrozumieć, że w życiu każdej młodej dziewczyny najważniejsze są kiecki! Czy ty mamo widziałaś kiedyś księżniczkę, która w spodniach pomyka? No właśnie… A widziałaś kiedyś Peppę w spodniach? Noo?! To, że sama chcesz wyglądać jak menszcz męszczyz chłopak – to twoja sprawa. Może nawet kręci to tatę – nie wiem, nie wnikam. Ale spodnie i ja, to coś co nigdy nie pójdzie w parze. Im szybciej to zrozumiesz, tym szybciej zaoszczędzimy sobie około 20 minut każdego poranka.

Śniadanie – tu to można by książkę napisać, i to nie taką dla 2 latka, co to ma 5 stron na krzyż – co to, to nie. Można by napisać książkę tak ciężką, jak pielucha Hanki po dwójce. No, ale wracając do śniadania: najpierw tata trzyma nas w napięciu, przygotowując wszystko o dużo za długo. My już w międzyczasie wszystkie przymieramy z głodu, ledwo się ruszamy i jesteśmy pompatyczn apatyczne. Zwierzaki snują się po mieszkaniu, licząc, że ktoś się nad nimi w końcu zlituje. Jedyną przychylną im osobą jest Hanka, która dokarmia je na boku. Niestety, w zamian wyjada im karmę z miski, więc do końca nie wiem, czy to aby na pewno taki dobry deal, bo ona potrafi wciągnąć naprawdę wiele a coraz mniej jej spada na podłogę. No, ale znów odbiegłam od tematu! Gdy już w końcu śniadanie jest gotowe, to okazuje się że twój wymarzony zestaw, czyli chałka z dżemem to coś, co przytrafia się innym dzieciom. Więc muszę się męczyć z tymi owsiankami, kanapkami, parówami i innymi jajecznymi wynalazkami. Jedynie, co tacie wychodzi, to herbata. Ale to też niecodziennie, żebyście sobie nie myśleli, że jednak fajne mam to życie. Czasem za mało miodu doda, albo poskąpi soku z malin. No i zawsze za gorącą tą herbę musi zrobić. Zawsze! Ja już nawet nie wiem, jak z nim rozmawiać – uparte to takie i nic sobie z moich narzekań nie robi. A jak ja wykazuję upór i nie chcę zakładać kapci, to od razu jakimiś sankami sankcjami mnie straszy. 

Później przedszkole – w sensie najpierw wyjście. Rety, no nie macie pojęcia, przez co wtedy muszę przechodzić. Szalik mi źle wystaje, czapka źle zawiązana, buty za ciasno zapięte a moi rodzice w nosie to wszystko mają. Sami to się przed lustrem pindrzą godzinami, a jak mnie mają ubierać, to jakoś zawsze w dwie minuty i dziesięć sekund się wyrobią (wiem, bo tata się ostatnio chwalił mamie, jaki z niego szybki córko ubieracz jest… taaa, chyba córko katastrofiarz). Mogłabym oczywiście sama się ogarnąć do wyjścia, ale po co mam im pokazywać, że potrafię? Jeszcze wpadną na pomysł, że w takim razie i sama mogę ręcę umyć i pokój posprzątać. 

No dobra, w końcu mam chwilę luzu w przedszkolu. Dobrze, że potajemnie odcięłam rodzicom monitoring, więc muszą polegać tylko na moich skąpych informacjach odnośnie przedszkolnych aktywności. A wiecie co jest najgorsze? Że rodzice to zawsze muszą po mnie przychodzić, gdy jestem najbardziej zajęta. Nie mogliby przyjść trochę później, jak już skończę układać wszystkie puzzle albo układać wszystkie klocki? Normalnie zero wyczucia i taktu. Gdy odbiera mnie mama, to jeszcze w miarę wszystko jest ok, bo i Hanka wtedy jest i spacer zaliczymy. Gorzej, gdy wpada po mnie tata i wracamy samochodem. Nie dość, że w mojej kurtce wyglądam, jak jakaś Sigma i Pi (tak mówi tata), to jeszcze muszę walczyć, żebym nie została ściśnięta przez pasy bezpieczeństwa tak, że ledwo oddycham. A jeśli znajdzie się tutaj jakiś cwaniak w komentarzach, który napisze, że mam ściągać kurtkę w aucie, to niech sam sobie ją ściąga przy minus 10. To już wolę dostawać wytrzeszczu od zbyt mocno napiętych pasów, o!

Jesteśmy z powrotem w domu i wieje nudą. Ileż to ja się muszę naprosić rodziców, żeby się ze mną pobawili. Jak już się łaskawie zgodzą, to i tak szybko się nudzą – wykręcają się, że to albo muszą chwilę popracować, albo obiad zrobić, albo posprzątać. Normalnie zawsze coś wymyślą. Hanka też ma mnie w nosie i idzie sobie na drzemkę, a ja później muszę sama robić bałagan u siebie w pokoju. 

Obiad to temat mocno zbliżony do śniadania, więc nie będę się tutaj powtarzać. Generalnie można go podsumować jednym zdaniem: dramat dramaciński!

Wieczorne oglądanie bajek i kąpiel akurat są najfajniejszymi punktami dnia, ale oczywiście nawet to rodzice potrafią zepsuć. Na bajkach albo zapalają mi światło albo zaczynają sobie pogaduchy urządzać. No do roztopionego Olafa! Mieli na to cały dzień! Calutki. Calusieńki. I co? Paszcze im się nie zamykają a to mnie nazywają „chatter box”. W kąpieli też – albo wody za mało, albo za ciepła, albo za mokra. Zawsze coś.

Po całym dniu myślicie, że to już koniec mojej niedoli i udręki? Nic z tych rzeczy, bo tata w środku nocy koniecznie musi sobie ze mną wycieczki do łazienki robić, żebym mogła siku zrobić. A ktoś się mnie pyta w ogóle o zdanie, czy mi się chcę spod tej cieplutkiej i milutkiej kołdry nos wyściubiać? Gdyby jeszcze deska na kibelku ciepła była, to może bym to zniosła a tak to tylko wracam wkurzona do łóżka.

No i wyobraźcie sobie, że następnego dnia moja niedola zaczyna się od początku. Jak sami widzicie, lekko nie mam. Gdyby tylko moi rodzice byli bardziej ogarnięci i wyciągali wnioski z poprzednich dni, to żyło by nam się o wiele, wiele lepiej. A tak… Eh, szkoda gadać.

PS: czy ktoś wie, kiedy będzie lato? Tyle kiecek mi się marnuje a coś mam przeczucie, że jak już w końcu je będę mogła założyć, to będą za małe. Jak żyć, chlip, chlip… JAK ŻYĆ?!