Idę z Helutem na plac zabaw. Strasznie to lubię, bo po pierwsze przez chwilę sam zamieniam się w dziecko, gdy wygłupiam się z nią w piaskownicy lub na huśtawce a po drugie lubię patrzeć, jak Helka wchodzi w interakcje z innymi dziećmi.

 

I wiecie co? Za każdym razem, gdy jestem na placu zabaw spotykam dziecko, które bawi się samo do czasu, aż nie zacznę się bawić z Helutem. Później dzieje się coś takiego: najpierw nieśmiało patrzy co robimy, by chwilę później delikatnie przyłączyć się do zabawy, prosząc o chwilę mojego zainteresowania. Zazwyczaj podejmuję temat i albo zagaduje albo zaczynam się bawić. W tym samym czasie staram się ustalić, gdzie są rodzice dziecka i co akurat robią. W większości przypadków siedzą na ławce z nosem w komórce, spoglądając od czasu do czasu, co robi ich pociecha.

Kurcze, ja wiem, że czasem się nie chce, że czasem trzeba wysłać bardzo ważnego maila, bo szef czeka, albo wstawić opis na Facebook’a. Wiadomo, żyjemy w takich a nie innych czasach. Ale spędzać całe wyjście z dzieckiem na ławce z komórką w ręce jest dla mnie niczym innym, jak wyrazem ignorancji względem własnej pociechy. Nie mówię tutaj o dzieciach starszych, które same z rówieśnikami hasają po placu zabaw ale o tych, które najbardziej nas potrzebują.

Być może niektórzy rodzice wychodzą z założenia, że plac zabaw ma tyle atrakcji, że animacja nie jest konieczna. I może mają rację. Nie mnie to oceniać. Jednak patrząc z perspektywy dzieci, które łakną odrobiny interakcji dochodzę do wniosku, że jednak nie do końca jest tak, jak widzą to rodzice biernie siedzący na ławkach.

Nie twierdzę, że trzeba całą naszą uwagę poświęcić na zabawę z dzieckiem. Sam często się oddalam, gdy widzę, że Helut sam świetnie się bawi. Tylko, że siadając na ławce wolę obserwować jej zabawy i interakcje z innymi dziećmi, niż ślęczeć z nosem w komórce.

Ale to tylko ja i moje przemyślenia spisane na kolanie po wizycie na placu zabaw…