Mój poprzedni wpis, opisujący początki moich rozmów z córką po angielsku odbił się szerokim echem na naszym blogu, a my cały czas dostajemy pytania odnośnie tego zagadnienia. Dziś mija dokładnie pół roku od tamtego wpisu i pora na małą aktualizację, by zobaczyć, co się zmieniło.

A zmieniło się bardzo wiele! Po pierwsze, rozmowa z Helą tylko po angielsku stała się dla mnie czymś tak naturalnym, że czułem się dziwnie, gdy w miniony weekend była u nas helutowa kuzynka i musiałem do dzieci mówić po polsku, żeby nasz gość wszystko zrozumiał. To niesamowite, jak przyzwyczaiłem się do naszych konwersacji po angielsku i jak wrosły one w nasze relacje.

Helut ma już świadomość, że mówimy po angielsku i potrafi to zamanifestować, mówiąc na przykład, że te książki są po polsku i te czyta tylko z mamą. Bo mamy coraz większą kolekcję książek po angielsku. Wyszukuję je gdzie się da: a to podczas moich podróży za granicę, a to w księgarniach internetowych (zdziwiłem się, ile jest pozycji w polskich księgarniach on-line), a to w fizycznych księgarniach a ostatnio nawet zakupiliśmy cały pakiet cudownych książek w TK – Maxx’ie za naprawdę śmieszne pieniądze.

Wszystkie bajki, które oglądamy są po angielsku. Wszystkie piosenki, które śpiewamy razem są po angielsku. Mamy najbardziej żywy i naturalny kontakt z językiem i działa to zadziwiająco dobrze.

Jeszcze kilka miesięcy temu było tak, że Hela mówiła do mnie tylko po angielsku, co sprawiało jej niejakie trudności z racji tego, że w dalszym ciągu jestem jedyną osobą (poza zajęciami z angielskiego w żłobku raz w tygodniu), z którą porozumiewa się w języku Shakespeare’a. Ostatnio jednak wycwaniła się i te zwroty, których nie umie, wtrąca po polsku a ja je powtarzam po angielsku i tak zapamiętuje kolejne wyrażenia. Ale działa to w dwie strony i analogicznie, gdy nie zna jakiegoś zwrotu po polsku, przełącza się na angielski co czasem sprawia problem innym osobom, które wchodzą w interakcje z Helą i nie znają za dobrze angielskiego (np. ciocie w żłobku, dziadkowie, etc).

A ja coraz częściej korzystam z podręcznego słownika w telefonie, bo w miarę rozwoju sytuacji, Hela zadaje coraz więcej szczegółowych pytań odnośnie otaczającego ją świata. A weź wytłumacz dziecku z biegu, jak funkcjonuje na przykład ciało człowieka, z tymi wszystkimi biologicznymi hasłami, które ledwo pamiętamy po polsku a co dopiero w innym języku. Tak – dzięki temu doszkalamy się wszyscy. Kafi język też się poprawił, bo siłą rzeczy słucha naszych konwersacji codziennie i coraz aktywniej w nich uczestniczy.

Mnie najbardziej w tym wszystkim zaskakuje to, z jaką łatwością Helut przyswaja język – w mig ogarnęła dodawanie „s” w rzeczownikach w liczbie mnogiej, tak samo potrafi zdrabniać różne rzeczy i tworzyć neologizmy. Widać, że język angielski został w niej zaszczepiony i teraz w niej żyje i rozwija się razem z nią.

Cieszę się, że coraz więcej osób z naszego otoczenia dostrzega zasadność tego, co robię. Ostatnio nawet teściowa przyznała się, że na początku patrzyła na mnie, jak na kosmitę i zastanawiała się, po co tak mieszam córce w głowie a teraz, jak na nią patrzy, to duma ją rozpiera. W poprzednim wpisie o moich perypetiach z wdrażaniem języka angielskiego do naszego codziennego życia dzieliłem się z wami moimi obawami o to, jak środowisko będzie na to reagowało. Teraz mam to w nosie ale pewnie tylko dlatego, że tak mocno wpisało się to w moje relacje z córką, że, tak jak pisałem na początku, przyjmuję to, jako coś zupełnie naturalnego i nie wyobrażam sobie już innego scenariusza.

Wierzę też, że nasza dwujęzyczność przyczyniła się do dużego rozwoju językowego (zarówno polskiego i angielskiego) Heluta. W tej chwili nie mamy żadnego problemu z komunikacją (poza oczywiście momentami, w których córka nie chce słyszeć tego, co się do niej mówi), a Hela buduje pełne zdania i bardzo ładnie opowiada o swoich potrzebach i problemach.

Jeszcze kilka miesięcy temu bałem się, że przyjdzie dzień, w którym przestanie mi się chcieć. Że będę zmęczony ciągłą nauką nowych słówek, że łatwiej będzie mi coś wyjaśnić dziecku po polsku – szczególnie, gdy dojdzie do metafizycznych lub innych, trudnych tematów. Dziś już się nie boję, nawet o tym zbyt wiele nie myślę. A jeśli już – robię to po angielsku 😉