W slow life chodzi głównie o kontemplowanie wszystkiego, co nas otacza – cieszenie się drobnymi rzeczami i tym, co mamy a nie tym, co możemy mieć, ergo – wyzbycie się w większym lub mniejszym stopniu kompulsywnego konsumpcjonizmu i bardziej świadomym życiu, w zgodzie ze swoimi faktycznymi potrzebami a nie tymi, wykreowanymi przez speców od marketingu. W życiu z dala od szumu, głównie tego elektronicznego.

A ja zacząłem się ostatnio zastanawiać nad tym wszystkim i doszedłem do wniosku, że gdy spojrzę na otaczającą mnie wszędzie elektronikę z perspektywy nie generatora szumu, ale cudu – takiego samego, jak na przykład otaczająca nas natura, to zmieniam tym samym podejście do narzędzia, którym się codziennie posługuję. Przykład? Proszę bardzo – zacznijmy od muzyki, ponieważ w dalszym ciągu jest ona dla mnie bardzo ważna. W naszej rodzinie to od niej zaczynamy dzień. Nawet teraz, gdy piszę ten tekst, muzyka sączy się z głośników. 

Pomyślcie, ile trudu wymagało jeszcze nie tak dawno zdobycie nowej muzyki. Byliśmy zdani na to, co wybiorą dla nas dyrektorzy programowi stacji radiowych. A dziś? Odpalamy jedną z aplikacji służących do streamingu muzyki w telefonie i mamy wszystko w zasięgu kilku kliknięć. Podoba nam się jakiś utwór – klik i na jego podstawie serwis podsyła nam kolejne, które przynajmniej w teorii również powinny przypaść nam do gustu. Dla mnie to jest równie niesamowite, jak przyroda, która nas otacza.

CIEKAWE CZASY

Piszę ten tekst będąc na wsi, w otoczeniu 300 letnich drzew. Siedzę wprawdzie w swoim pokoju, ale równie dobrze mogę wziąć laptopa i kontynuować pisanie siedząc na trawie. Albo w hamaku. Mam wszystkie informacje w zasięgu ręki. Na przykład takie: czy wiecie, że każdego miesiąca w muzycznych serwisach streamingowych typu Spotify, Tidal, Deezer czy Apple Music pojawia się dwadzieścia tysięcy nowych utworów? To jest ilość, której nie przesłuchacie przez całe wasze życie!

A tymczasem lubimy narzekać. Na przykład na pogodę. I na elektronikę. Bo pada deszcz. Bo pada bateria w telefonie. Bo na chwilę pada łącze internetowe. A gdyby tak się przez chwilę zastanowić, ile rzeczy potrafią nasze telefony i jakimi są niesamowicie skomplikowanymi urządzeniami? Bez kitu, ja to się dziwię, że to wszystko w ogóle działa! Pędzisz autem po autostradzie, telefon umila ci podróż muzyką, dodatkowo prowadząc cię za rączkę do celu podróży za pomocą satelity, który krąży gdzieś na orbicie. Pokaże gdzie są korki, gdzie stoją radary a nawet, gdzie czai się policja. Mamy dostęp do Internetu praktycznie wszędzie. Możemy prowadzić video rozmowy, spacerując po lesie. Mamy dostęp do każdej informacji, której aktualnie potrzebujemy. Tu i teraz. Na zawołanie.  To jest autentycznie niesamowite, ale i tak psioczymy, gdy na przykład na chwilę zgubimy zasięg. 

Dziś możemy obejrzeć na co nam tylko przyjdzie ochota. Jest YouTube, Netflix, Showmax i wiele, wiele innych serwisów VOD, dając nam możliwości, które kiedyś u moich rodziców spowodowałyby ból głowy. Sam, gdy byłem dzieckiem, miałem do dyspozycji zaledwie 3 kanały telewizyjne. Jedyną opcją na zobaczenie bajki przed snem było odpalenie programu 1 Telewizji Polskiej o 19.00. Spóźniłeś się, to miałeś problem. Dopiero chwilę później pojawiły się anteny satelitarne i magnetowidy VHS, które przeniosły konsumpcję treści na zupełnie inny poziom. Ale i tak lubimy ponarzekać: „O rety! Obejrzałem/am już cały sezon House of Cards i Gry o Tron. Co ja mam teraz oglądać? Bez sensu, że muszę czekać tyle miesięcy na kolejne odcinki! 

Elektronika, która nas otacza jest niesamowita, ale w związku z tym, że mamy z nią styczność na co dzień – spowszedniała. A ja do dziś nie mogę się nadziwić, że jadąc w ubiegłym roku w karetce, miałem robiony zapis EKG, z którym zapoznał się lekarz w szpitalu, zanim tam dojechaliśmy! Takie cuda!

DRUGA STRONA MEDALU

Wróćmy na chwilę do meritum. Według mnie, życie w stylu Slow Life to nie tylko bardziej świadome życie w realu. To również kontemplacja naszego elektronicznego życia. Ta kontemplacja jest o tyle ważna, że zewsząd atakują nas fake newsy, zalewani jesteśmy tandetą, trwonimy nasze zasoby czasowe na dryfowaniu po elektronicznym morzu śmieciowych treści, wdając się przy okazji w jakieś bezsensowne potyczki na słowa, o których świat zapomni już jutro w pogoni za nowymi sensacjami. A my napsujemy sobie tylko krwi. No chyba, że uwielbiamy trolling i uprawiamy go dla sportu…

Kiedyś mój stream na Facebooku potrafił pokazywać mi ciekawe treści moich znajomych, z którymi się utożsamiałem. Dziś zamienił się w jedną wielką tablicę ogłoszeń. Wielu z moich facebookowych znajomych szuka najlepszej restauracji w mieście X czy Y, dobrego serialu na weekend, dobrego lekarza, niezawodnego sprzętu AGD czy RTV. Wiecie dlaczego? Ponieważ czują się zagubieni i nie ufają fake’owym opiniom znalezionym w sieci. Czują się zagubieni, ponieważ mają za dużo możliwości. To tak zwany paradoks wyboru. Im więcej mamy możliwości, tym bardziej jesteśmy nieszczęśliwi, ponieważ musimy podjąć dużo więcej wysiłku w sam proces wyboru. Nie ufają, ponieważ w sieci każdy może napisać wszystko. Szczególnie, jeśli mu się zapłaci. Jeśli myślicie, że opinie na temat produktów, które znajdziecie w porównywarkach cenowych są autentyczne, to niestety, ale muszę was rozczarować. Stąd powrót do korzeni – najlepsza rekomendacja, to ta w wydaniu naszych zaufanych znajomych.

E – YIN YANG

Jak to zatem jest, że dużo łatwiej przychodzi nam świadome życie w realu niż w jego elektronicznym życiu? I to w każdym jego aspekcie? Przecież robimy w sieci rzeczy, których nigdy byśmy nie zrobili w życiu realnym. Wyrażamy swoją opinię na forum publicznym na dowolny temat, czasem mocno krzywdząc tym inne osoby. W większości przypadków nie zrobilibyśmy tego, spotykając daną osobę na ulicy. Tymczasem w sieci odpinamy wrotki, bo czujemy się bezkarni. Na szczęście – bezkarność też ma swoje granice, a jeden z niedawnych przypadków, w którym osoba atakująca inną została namierzona i postawiona przed sądem pokazują, że technologia, jak i każdy kij ma dwa końce.

Nie wiem, czy kupujecie mój tok rozumowania, ale wydaje mi się, że jeśli z pełną świadomością będziemy podchodzić do urządzeń elektronicznych, z których korzystamy każdego dnia i będziemy mieć świadomość ich potęgi (nie tylko tej obliczeniowej, co też jest niesamowite, bo w tej chwili nosimy w kieszeniach komputery, które zjadają na śniadanie nasze desktopy, z których korzystaliśmy jeszcze kilka – kilkanaście lat temu w zaciszu własnych domów) i rzeczy, które za ich pomocą możemy robić, to teoretycznie powinno się to przełożyć też bezpośrednio na sposób, w jaki z nich korzystamy – w myśl hasła „z wielką mocą przychodzi wielka odpowiedzialność”. 

A teraz przyznajcie się – kto z was ostatnio pomyślał: ale zajebiście, że mogę zrobić tyle fajnych rzeczy na swoim urządzeniu elektronicznym?