Jednego dnia wygłupiasz się z dzieckiem w parku, jesz z mężem kolacje, a drugiego dnia znienacka trafiasz do szpitala. Po raz kolejny przekonałam sie jakie to wszystko jest ulotne, jak pewne rzeczy stają sie mało ważne by inne nagle nabrały znaczenia.

Stękasz, jak twoje dziecko chce byś po raz czwarty przeczytała mu Tupcia Chrupcia, po czym dzień później dałabyś wszystko by czytać choćby cały czas. Niezłe co?
Obmyślasz co by tu mega faking innego zrobić z mężem w kolejną nadchodzącą rocznice, by za chwile myśleć, że nie trzeba nic robić. Wystarczy ze sobą być.
Gdy tak leżałam przez kilka ostatnich dni w szpitalu po raz kolejny uświadomiłam sobie że tak dużo tracimy, nie doceniając jak należy naszej codzienności. A przecież ona jest tak fantastyczna.
W związku z tym, że nie wiadomo było co mi do końca jest, a istniało podejrzenie grypy żołądkowej, umieszczono mnie w izolatce. Nie dziwię się absolutnie – przebywając na patologii ciąży nie chciałabym mieć przyszłych mam i ich dzieci na sumieniu.
Jedna doba była znośna, ale potem było gorzej…

Gdy mieszkasz w domu z mężem, dwulatką, psem i kotem zawsze coś się dzieje. Chwile ciszy i spokoju praktycznie nie istnieją. Nawet w nocy, kiedy dziecko jakimś cudem super śpi, okazuje się że kot zaczyna biegać po całym mieszkaniu za jakąś zabawką. Zabawkę robi sobie ze wszystkiego. A to sznurówka, a to folia lub kawałek papieru. Dopóki młody to jeszcze fiu bzdziu ma w głowie i tego nie unikniemy. Generalnie jest młyn. A tu nagle znajdujemy sie sami, w izolatce. Średnio to miłe.

Wtedy nawet ten biegający kot nie wydaje się już taki straszny.

Po dwóch dniach spędzonych w izolatce zostałam przeniesiona do pięcioosobowej sali. Od tego czasu do tej pory dochodzę do siebie.  Dziewczyny, z którymi leżałam narzekały dosłownie na wszystko. Nic nie było fajne. Rozmowy z mężami 10 razy dziennie, długa lista życzeń co mają zrobić w domu, co przywieźć do szpitala. Jedna wymyślała, jaki obiad ma jej zrobić mąż, a gdy już jej go przywiózł i przy okazji dał też owoce został zbesztany, że po co te owoce skoro go o nie prosiła. Generalnie mocno ich krytykowały i narzekały jak to sobie w domu nie radzą bez nich. Nie mogłam juz tego słuchać. Próbowałam delikatnie powiedzieć, że oni też mają swoją robotę do zrobienia i gdyby zamienić je z mężami, to pewnie też by miały trudności. Wiadomo jednak, nie chciałam się za bardzo wtrącać. Narzekania na temat mężów były przeplatane narzekaniami na życie jako takie. Jak mówiłam „zobaczcie jak jest pięknie, spadł śnieg”, dostawałam odpowiedź, że pięknie to by może i by było, jakby stąd wyszły. Stwierdzenie „takie życie to nie życie” też padało z ich ust dość często. Trochę się dziwiłam, bo leżenie z książką, spanie od 21 i otrzymywanie jedzenia pod nos nie powinno być jakimś wielkim nieszczęściem, o ile nam nie dolega nic groźnego.
Poza tym opowiadanie całymi dniami o sobie, jak to źle bo mam wysokie ciśnienie, jak to źle że mam cukrzyce ciążową, jaka to ja jestem biedna jest dla mnie niezrozumiałe. Kiedyś, dawno temu natknęłam się na powiedzenie „zawsze jest ktoś bardziej cierpiący od ciebie”. I tego się trzymam. Gdy leżysz w szpitalu wiadomo, że coś jest nie tak, bez powodu się tu nie leży. Po co więc sobie dodawać, skupiać się na tym jak nam źle? Myślę, że gdybyśmy tą energię poświęcili na coś bardziej pożytecznego to świat byłby prostszy. Gdybyśmy byli mniejszymi egoistami żyłoby się łatwiej.

Podczas mojego pobytu w szpitalu strasznie sie bałam. Nie o siebie. Bałam sie o tą małą istotę w moim brzuchu. Nie wiedziałam do końca jaki wpływ ma na nią moje zatrucie. Gdy powiedziano mi w szpitalu, że mam silne zatrucie organizmu, czekałam tylko na to by usłyszeć że z tym okruszkiem jest wszystko dobrze. Minuty i godziny dłużyły sie straszliwie. Aż w końcu kiedy doczekałam sie na badanie i usłyszałam, że ma sie dobrze nie mogłam ukryć wzruszenia. Mimo słabego samopoczucia poczułam sie jak na skrzydłach, zupełnie jakbym ozdrowiała. Nie liczyło sie nic innego, w wyobraźni już ją do siebie tulilam i całowałam. Tak bardzo sie bałam….

I właśnie tak to jest. Zamiast cieszyć się dniem codziennym, tym co możemy widzieć, czuć, słyszeć to skupiamy sie na tym czego nie mamy, co jest nie tak, co byśmy zmienili.
Może to wszystko wydarzyło sie po to by mi cos pokazać? Może miałam zwolnić? Może coś zmienić? Wszystko dzieje się po coś.
Życie jest darem i postarajmy się tego nie schrzanić i nie stracić. Najistotniejsze rzeczy dzieją sie nacodzień.

Pozdrawiam Was serdecznie