Czy jesteśmy rodzicami doskonałymi? Patrząc przez pryzmat nas samych, możemy powiedzieć, że staramy się robić wszystko najlepiej, jak potrafimy. Z tym, że jest to wyświechtany frazes, bo ręka w górę, kto nigdy nie zaniechał swoich obowiązków rodzicielskich? Patrząc przez pryzmat naszych dzieci, to na pewno każdy rodzic jest postrzegany przez swoje dziecko, jako najlepszy w życiu. Z tym, że bardzo często do czasu. Patrząc przez pryzmat innych rodziców – na pewno nie do końca jesteśmy kompetentni i robimy coś źle, lub w najlepszym przypadku gorzej, niż inni.

Daleko mi do doskonałości, co subiektywnie nie czyni mnie złym ojcem. Nie jestem też w 100% odpowiedzialnym rodzicem. Popełniam błędy. Te nieświadome i świadome też. Bo czasem jestem zmęczony, czasem mi się po prostu nie chcę. Bo tak.  Nie napinam się, by być Salomonem ojcostwa, bo zamiast studiować ten kierunek, wolę wygłupy z moją córką. Lubię sobie zapalić jointa, lubię spędzać czas grając w Fifę z kumplami. Uwielbiam spędzać czas z moją córką. Nie martwię się tym, że coś jako ojciec robię źle i niezgodnie z zasadami „parentingowego BHP”. Wolę, by moja córka ceniła mnie za to kim naprawdę jestem, niż za bycie perfekcyjnym i zawsze odpowiedzialnym rodzicem. Nie zamierzam grać przed moimi dziećmi świętego i być chodzącymi ideałem. Bo nie ma czegoś takiego, jak rodzic idealny. Nie wiem, może to moja dusza buntownika każe przekazywać mojej córce korzyści z płynięcia pod prąd a może tak po prostu wygląda zwykłe ojcostwo bez napinki? Wiem tylko tyle, że czuję się cudownie, jako rodzic niedoskonały. Z uśmiechem wspominam sytuacje, gdy jestem zmuszony do grania złego policjanta ale zamiast tego wybucham śmiechem, bo Helut jest w stanie swoją mimiką rozłożyć mnie na łopatki w 5 sekund. Tym samym być może popełniam błąd, ale przynajmniej w zgodzie ze samym sobą.

Tymczasem czytając blogi parentingowe w Polsce, dochodzę do wniosku, że większość piszących jest bardziej papieska od papieża. Sto procent eko, safety always first, żadnych fakapów, zawsze wszystko prawilnie – normalnie złote dzieci, wychowywane przez złotych rodziców. Ja rozumiem, że wychowywanie dziecka to bardzo odpowiedzialne zajęcie, ale emanująca z wpisów pompatyczność i powaga wyprowadzają mnie z równowagi. Nie wiem, może nie dojrzałem do końca do pewnych tematów i jestem zbyt infantylny a może po prostu nie rozumiem (jeszcze) tego rodzicielskiego kaganka oświaty. A może wiąże się to nierozerwalnie ze znakiem naszych czasów? Czasów pokazywania się z jak najlepszej strony w mediach społecznościowych: zawsze uśmiechniętych, zawsze ciekawych, zawsze cool? Być może nie opłaca się być przeciętnym medialnym rodzicem, bo kto chciałby nas wtedy czytać? To chyba trochę tak, jak z fotomodelkami – wiemy, że w rzeczywistości nasze żony wyglądają dużo piękniej, niż one, ale fotoszop czyni z tych modelek ikony popkultury, a kolejne pokolenia „wanna be’s” zrobią wszystko, by wyglądać, jak one.

A może chodzi o strach przed hejtem w sieci? Nigdy nie wiesz, na jakiego eksperta w komentarzach trafisz a po co pokazywać, że nie wiedziałeś o tym, że tuńczyk z puszki jest szkodliwy? Lepiej trzymać fason przez cały czas, pytanie tylko, ile w tym Twojego prawdziwego „ja” a ile kreowania wizerunku.

I nie zrozumcie mnie źle – nie mam przysłowiowego bólu dupy, że ktoś jest lepszy, fajniejszy, mądrzejszy ode mnie, lub,  że komuś się lepiej wiedzie na blogowaniu, niż mnie – wręcz przeciwnie: zazdrość jest dla mnie czymś zupełnie obcym i zawsze cieszę się z sukcesów innych. Po prostu nie kupuję tych krystalicznie czystych wpisów, bo znam prozę dnia codziennego i wiem, że na dłuższą metę nie da się tak funkcjonować a jeśli się da, to… Cóż – ja chyba nie chciałbym być wychowywanym przez rodziców – robotów, którzy zawsze postępują zgodnie z regułami, gdzie nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa, lenia w dupie, położenia się spać na brudasa, zjedzenia czegoś przepysznego ale jednocześnie obrzydliwie niezdrowego, lub zrobienia czegoś absurdalnie niesztampowego.

A jako tata nie zamierzam poddawać się histerii mediów i ślepo podążać za trendami w wychowywaniu dzieci, bo trendy za pokolenie lub dwa przeminą a nasze dzieci będą szły z tym bagażem przez resztę swojego życia. Kiedyś palenie papierosów było cool i nikomu nie przyszło do głowy rzucanie, nawet podczas ciąży, czy karmienia piersią. Żniwa przyszły później. Kiedyś wychowywanie bezstresowe było na topie a efekty tego wychowania widzimy dzisiaj na codzień na ulicach i podwórkach. I tak dalej. Kto wie, jakie pokolenie wychowamy na obecnie panujących trendach, ale pamiętajmy, żeby nie dać się zwariować. Nie bądźmy bardziej święci od papieża i odepnijmy czasem rodzicielskie wrotki.  Tak zwyczajnie i po prostu. Żeby nie dać się zwariować. Bo błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi.