Jesteśmy tak blisko drugiego dziecka a jednocześnie tak daleko. Każde z was, które oczekiwało na przyjście dziecka wie doskonale o czym piszę: 9 miesiąc jest najgorszy pod względem wyczekiwania. Dla kobiety głównie dlatego, że chce już je mieć, tulić, karmić i robić te wszystkie matczyne rzeczy, do których została stworzona. Lub też nie. Dla faceta głównie dla świętego spokoju, bo oto okres dziwnych zachcianek, sapania, bekania, popuszczania w majty i innych około – ciążowych przypadłości dobiega końca.

To oczywiście mała satyra na statystyczną ciążę ale tkwi w niej dużo prawdy. Jesteśmy już tuż – tuż, jeszcze tylko miesiąc a później nasze życie znów stanie na głowie, tylko bardziej. Kafi chodzi już prawie po ścianach, bo jak na kobietę w ciąży przystało ma pełno zmartwień i obaw, głównie o to, jak poradzi sobie w nowej sytuacji Helut. Ja chodzę bezczelnie spokojny, bo przecież wszystko będzie dobrze. Staram się tym zarazić Kafi, ale to jest niemożliwe, co nie zmienia faktu, że i tak to robię.

Skąd wiem, że wszystko dobrze się ułoży? Bo jesteśmy ogarnięci, zgrani i po prostu się rozumiemy. Mówię wam serio, serio – nie było żadnego momentu, w którym nie stanęlibyśmy na wysokości zadania. Gdy przychodzi co do czego, jesteśmy jak dobrze naoliwiony mechanizm i zapierdzielamy jak mrówki – każde z nas wie, co ma robić i po prostu to robi. Poza nieprzyklejonymi listwami przypodłogowymi w kuchni. I niepowieszonym grzejnikiem w łazience. I pewnie czymś tam jeszcze, ale wiecie o co chodzi: gdy nadchodzi odpowiedni czas, po prostu dajemy radę. Ale to tekst nie tylko o nas. Ja, ty, my, wy. Wszyscy dajemy radę.

Wczoraj jadąc samochodem przypomniał mi się taki tekst:

Nie muszę nic. Mogę wszystko.

I pomyślałem, że wymyślił go jakiś cwaniak, który na bank nie miał dzieci. Bo z dzieciakami jest tak, że po prostu musisz dać radę, choćby nie wiem co. To jest taki ostateczny test dla nas, jako ludzi. Wiadomo, że znajdą się statystyczne jednostki, które nie dają rady podołać wyzwaniu – często możemy poczytać o nich później w gazetach, ale co do zasady – dajemy radę, bo po prostu musimy. Czasem ze łzami w oczach, czasem słaniając się na nogach, czasem z worami pod oczami a czasem z uśmiechem na twarzy. Czasy, gdy „nie musiałeś nic” się skończyły i zostały zastąpione przez „muszę wszystko”. Mówcie, co chcecie, ale dzieci to najlepszy katalizator działania. Kiedyś mogliśmy chodzić rozmemłani przez pół dnia, zarywać nocki na imprezach, leczyć kaca, zwalniać się z roboty – byliśmy panami swojego czasu. Teraz panami naszego czasu stały się nasze dzieciaki. To one nam dyktują, czy i ile będziemy mogli pospać, ile czasu poświęcimy na sprzątanie, ubieranie i jedzenie. To one powiedzą nam, kiedy i jakie książki będziemy mogli poczytać oraz jakie filmy zobaczyć. A jednak – kochamy to, jak nic innego na świecie.

Już za miesiąc będziemy po porodzie.  Nasze życie znów stanie na głowie, tylko bardziej. Będziemy chodzić bardziej niewyspani, niż jesteśmy teraz. Będziemy jak małe roboty, które mają określone zadania do wykonania. Będziemy wściekli, zmęczeni, głodni, zarobieni po pachy, szczęśliwi. Czyż to nie piękny paradoks?