Ostatnio pytałem wszystkich moich znajomych ojców, który okres w życiu ich dziecka wspominają najlepiej. Wszyscy udzielali tej samej odpowiedzi: ten, który jest teraz. A ja? Cóż, ja podpisuję się pod tymi odpowiedziami obiema rękami i nogami.

Gdy sięgam pamięcią wstecz widzę wszystkie wieczory, które spędziłem z Helutem. Te, podczas których skakałem z nią na piłce i karmiłem mlekiem przed snem. I te, podczas których leżała na mnie w swoim otulaczu i słuchaliśmy razem muzyki z telefonu. Nie będę was okłamywał, że każdy z tych wieczorów był wyjątkowy i niepowtarzalny, bo tak nie było. Czasem byłem mega zmęczony i marzyłem, by Helut w końcu zasnął. Czasem było to doznanie niemal transcedentne, które chciałem, by trwało i trwało. Ot, proza życia codziennego. Dlaczego piszę akurat o wieczorach? Ponieważ jak większość ojców, przychodziłem do domu późnym popołudniem i wspólna kąpiel i usypianie Heluta jest dla mnie idealnym punktem odniesienia, jeśli chodzi o nasze relacje. A te, z biegiem czasu nabierały niewyobrażalnej głębi, dzięki której czuję się zżyty z moją córką bardziej, niż kiedykolwiek. I wiem, że będzie się to jeszcze bardziej pogłębiało. Jednak nie bez końca.

Do napisania tego artykułu skłonił mnie inny artykuł, podczas czytania którego miałem mokre oczy. W skrócie: ojciec opisuje okres, w którym przestał być najważniejszą osobą dla swojej dorastającej córki. Nie wiem, na ile to wina empatii i solidarności hormonalnej z moją żoną i jej końcówką ciąży a na ile to moja dobrze rozwinięta wyobraźnia, bo każdą sytuację opisaną przez ojca we wspomnianym artykule aż nadto dobrze byłem sobie w stanie przeszczepić na mój grunt. I było mi tak cholernie smutno, gdy tak naprawdę pierwszy raz w życiu uświadomiłem sobie, że przyjdzie dzień, w którym przegram z jej rówieśnikami. Że już nie będę jej wyrocznią we wszystkich jej sprawach. Do diabła, nawet teraz jest mi ciężko pisać ten tekst a minęło już trochę czasu, podczas którego starałem sobie to wszystko poukładać w głowie, jako naturalną kolej rzeczy. Może po prostu do tego trzeba dojrzeć a ja mam jeszcze na to trochę czasu? A może jestem po prostu zbyt mocno związany emocjonalnie z moją córką i nie będę mógł się pogodzić z tym, że kiedyś, któregoś dnia ona najzwyczjniej w świecie dorośnie i pójdzie swoją drogą?

Możecie mi wierzyć, lub nie, ale tamten tekst spowodował, że przeżywam moje wspólne chwile z córką jeszcze bardziej intensywnie. Wyciskam jeszcze więcej soku z każdej minuty spędzonej razem. Z każdego uśmiechu, przytulaka i całusa. Z każdego „daddy, help me!” i z każdego „daddy, I love you”. Gdy odbieram Heluta ze żłobka, pierwsze co robię, to słucham co ma mi do powiedzenia moja córka, czym czasem doprowadzam ciocie do zniecierpliwienia, bo chcą mi zdać raport z danego dnia. Ale raport mojej córki jest dla mnie dużo ważniejszy, bo wiem, że chwile, w których będzie z dumą opowiadała mi o swoich rysunkach i pracach artystycznych ulecą zbyt szybko. A później zostaną mi już tylko raporty nauczycieli.

Pewnie tekstów o podobnym wydźwięku można znaleźć w sieci bez liku, w końcu ogólnie pojęte rodzicielstwo, jakkolwiek pojemne by nie było, ma przecież skończoną ilość tematów do poruszenia. Niektórzy z was byli już w tym miejscu, w którym jestem teraz ja, niektórzy dopiero będą, niektórzy nigdy tego nie doświadczą. Piszę o tym w głównej mierze dla siebie, by pamiętać. Nie dla share’ów, lajków, komentarzy i innych pro-społecznościowych działań w sieci, ale jeśli tekst w jakimś stopniu trafił też do ciebie – super!

Kafi, moja najcudowniejsza na świecie druga połówka cały czas myśli, że nasze drugie dziecko będzie pokrzywdzone z wielu względów. Również dlatego, że obecnie skupiam się dużo bardziej na biznesie i nie będę miał tyle czasu i cierpliwości, by obdarować obie moje córki taką atencją, na jaką zasługują. To oczywiście trochę naciągana teoria, bo wiem, że dopóki nie pojawi się u nas Hania i wszystko nie wskoczy na jeszcze wyższy poziom poświęcenia i kompresji codziennych czynności, dopóty w głowie mojej żony będą czaić się te wszystkie obawy i demony. A ja sobie nie wyobrażam, bym mógł kochać moją drugą córkę mniej, bardziej, gorzej, lepiej, inaczej. Wiem, że ona również dostarczy mi wielu momentów zniecierpliwienia, by chwilę później obdarować mnie kolejnymi, tym razem transcedentnymi.

Hania razem ze swoją starszą siostrą będzie najcudowniejszym katalizatorem emocji.  Teraz również zdaję sobię sprawę z tego, że druga córka będzie tym samym moją prolongatą ojca absolutnego, który jest alfą i omegą dla swojego dziecka, jej wyznacznikiem wartości i standardów, które za kolejnych parę(naście) lat będą musiały przeżyć konfrontację ze środowiskiem szkolnym.

Czekam zatem na Hankę z niecierpliwością większą, niż wydaje się mojej żonie. Z większymi obawami, niż jej się wydaje i z większymi pokładami miłości, niż jej się wydaje. Do zobaczenia już za chwilę, w większym gronie!