Opowiem wam historię. Przedziwną historię, która nie ma żadnego sensownego wytłumaczenia i nie mieści mi się w mojej malutkiej głowie. A wszystko podobno zaczęło się od myszki. Posłuchajcie…

Któregoś dnia przychodzę do domu ze żłobka i od progu czuję, że coś jest nie tak. Jakieś takie dziwne wibracje w powietrzu wiszą. No ale nic, pędzę do pokoju, szukam mojego smoczka i co? Nigdzie nie ma. Pytam mamę, gdzie jest „moka” i cisza. Pytam intensywniej i słyszę coś takiego (usiądźcie, bo sprawa jest dużego kalibru):

Kochanie, dziś przyszła myszka i odgryzła twojego smoczka.

Po czym dostaję do ręki jakiś kikut, który jeszcze wczoraj był moim najlepszym przyjacielem. Nie pytajcie, jak mocno to mną wstrząsnęło. Starałam się jakoś trzymać fason i z prawie nie mokrymi oczami zapytałam moją myszkę, dlaczego to zrobiła. Ta gapiła się na mnie bez słowa i dopiero jak ją przycisnęłam do muru, stwierdziła, że to nie ona. No i teraz mam niezłą rozkminę. Bo raczej w naszym domu nie ma innych myszy, więc kto zeżarł mojego smoczka? Pytam się? Śmierdzi mi to sabotażem i to śmierdzi bardziej od mojej pieluchy z ładunkiem w środku. Śledztwo trwa i jak znajdę winnego, to zrobię z nim to samo, co zrobił z moim smoczkiem.


Przejdę teraz do kolejnego bezsensu, który towarzyszy mi od początku mojego życia. No bo tak: jeżeli coś mi smakuje i jem to na potęgę, to źle, bo się objadam. Jeżeli nic mi nie smakuje i nie chcę jeść to źle, bo będę głodna biegać. Śpię krótko – źle, bo pewnie za chwilę będę śpiąca. Śpię długo – źle, bo na pewno się obudzę marudna i cały dorosły dzień będzie do pieluchy. No do jasnej Peppy, czy rodzice nigdy nie mogą podejść do tematu na luzie? Na przykład powiedzieć:

O! Cudownie! Zjadłaś idealną ilość kanapki!

Takie to trudne? Chociaż w sumie, jakby się nad tym dłużej zastanowić, to tylko mama jest takim panikarzem level: master. Kichnę dwa razy a mama już z termometrem lata i sprawdza, czy czegoś w żłobku nie złapałam. Tak na marginesie to złapałam – żabę. Jest cudowna, bo nie moja i jest taka miękka i jak się ją naciśnie to wystawia język! I chyba zostanę kleptomanką, bo wiadomo, że nic nie sprawia większej frajdy dziecku, niż nie swoja zabawka. Ale moment, o czym ja tu pisałam?  Aha!

Tata dla odmiany jest lizakiem luzakiem level: master koma pięć. Dla niego nigdy nic nie stanowi problemu. Nawet jak mi gile do cycków sięgają. Ale jestem w stanie mu to wybaczyć, bo podrzuca mnie do góry najlepiej na świecie. Poza tym, jak mnie podrzuca, to mam dodatkową radochę, bo mama patrzy z przerażeniem a babcia to już w ogóle – płacze ze strachu, że tak wysoko i że moja trakteroria trajektoria lotu nie jest skorelowana z rękami taty. Nie wiem jeszcze co to znaczy, ale brzmi bosko, tak samo jak mina babci.

A i jeszcze a propos taty! Wiecie co sobie wymyślił ostatnio? Hihi, że postawi mi piaskownicę w ogródku. Hihihi, ale śmieszny ten tata… Po pierwsze przez 3 miesiące miałam najcudowniejszą piaskownicę na świecie, więc teraz takie pitu – pitu wielkości dwa kroki na dwa kroki nie robi na mnie żadnego wrażenia. Po drugie, tata zapomniał kupić jakieś dzieci razem z piaskownicą, bo co? Sama mam tam siedzieć? Komu mam zabawki wyrywać? Mama jest za silna a tata cwaniak jeden myśli, że jak postawił piaskownicę, to już odrobił swoją wielką pracę domową i omija ją szerokim łukiem. Więc w nosie mam to wszystko i wolę posiedzieć w swoim pokoju. Tam przynajmniej mam swoich kumpli, z którymi mogę pogadać. A w piasku co? Do wiaderek mam mówić?

Sami widzicie, lekko nie mam. Ale trzeba sobie umieć radzić. Mamy w żłobku sekretne kółko owijaczy. Wiecie co w nim robimy? Uczymy się owijać rodziców wokół palca. Nie muszę wam chyba pisać, kto jest liderem? Ja na ten przykład mam wypracowany taki schemat działania, że jak rodzice są na mnie wkurzeni, to robię głupie miny i czekam, kto z nich pierwszy wymięknie. Zazwyczaj wtedy odwracają głowę i się chichrają pod nosem a w ekstremalnych sytuacjach muszą wyjść z pokoju, żeby ich wizerunek  groźnego rodzica nie ucierpiał.

Albo gdy coś chcę, to potrafię nawijać o tym w kółko, aż w końcu rodzice wymiękną i spełniają moją zachciankę. Na przykład dzisiaj: „Szarka”, mówię. I nic. OK, myślę sobie, może nie usłyszeli, więc dla pewności jeszcze raz: „Szarka!”. I nic. Za dwudziestym razem poskutkowało! Obczajcie, jakie fajne!

Ogólnie to się poważnie zastanawiam, czy nie napisać jakieś książki o psychologicznym podchodzeniu do rodziców. Założę się na bank, że byłaby hitem i zarobiłabym na karton flipsów. Jakby co, to dawajcie znać w komentarzach, czy ktoś jest zainteresowany pre-orderem.