Szykuje się wiele wiele zmian w moim małym i pełnym wyzwań życiu. Przede wszystkim – to już oficjalne – będziemy mieli kota! Mama dostała kociej wkrętki, tata podłapał temat i nie ma już powrotu. Trzymaliście kiedyś pieluchę z kilkoma jedynkami i jedną, porządną dwójką? Taki właśnie jest ciężar tego newsa. Bo mama zawsze była psiarą.

Teraz mama chodzi po domu i wymyśla imię dla kota, które współgrałoby z Bubą (naszym chomikiem yorkiem). Tata wymyślił, że Huba, ale dla mnie to jest takie bananowe banalne. Więc wymyśliłam Śruba, bo coś czuję, że kotka dostanie przy nas niezłej korby. Chyba, że wy macie jakieś spoko pomysły na imię, to piszcie. Laski i lalusie poniżej roku niech się nie wypowiadają, bo to i tak same bzdury będą, których nikt nie zrozumie. Look! Śruba jest druga od lewej.

12064516_515737408593517_1653978675_n

Ej, obczajcie, co tacie ostatnio na dzień dobry powiedziałam:

Tak się biedaczysko tym przejął, że od razu musiał o tym tweetnąć (pleciucha), ale też od razu na siłkę się zapisał. I tak oto mój kolejny błyskotliwy plan został wcielony w życie. Wiadomym przecież jest, że robię się coraz cięższa, więc lada dzień rodzice zaczną się wykręcać od noszenia mnie na rękach. A tak proszę – tato trochę przypakuje i już nie będzie, że nie ma siły, będzie mnie nosił co najmniej przez kolejny rok, jak ta lala.

Kurka – rurka, przegrałam wczoraj zakład z moim ziomkiem ze żłobka. Nie będę tutaj pisała o kogo chodzi, żeby mu fejmu sztucznie nie zwiększać. Otóż zakład był o to, co jest ważniejsze: ja, czy mecz polskiej reprezentacji. Bo wczoraj mama miała wychodne, więc wszystko było na głowie taty. Wszystko było dokładnie zaplanowane: 19.00 kaszka i Peppa, 19.30 kąpiel, 20.00 baja na dobranoc i fru, w objęcia Morfiego. O 20.00 zaczęłam stroić fochy, że książka nie ta, mamrotałam coś pod nosem sama siebie nie rozumiejąc, wprawiając tym samym tatę w stan delikatnego poddenerwowania. Dawkowałam mój dramatyzm, kątem oka widząc, jak tata spogląda dyskretnie na zegarek. O 20.30 byłam już mocno wykończona moimi teatralnymi gestami (a wierzcie mi, mój arsenał jest całkiem pokaźny) ale byłam o kwadrans od zwycięstwa, gdy wtem…

Tata mnie przechytrzył. Skubaniutki puścił relaksującą muzykę, wziął mnie na ręce i zaczął bujać. Muszę mu przyznać – dobry jest. Cztery minuty później urwał mi się film i przypomniałam sobie o płaczu dopiero grubo po północy, ale była to już (parafrazując stare dziecięce przysłowie) kaszka po kolacji. I tym oto sposobem muszę oddawać przez najbliższy tydzień zupę mojemu ziomkowi ze żłobka. W sumie nic wielkiego, bo i tak przez te wychodzące piątki nie mam ochoty nic jeść, ale gorycz porażki pali me podniebienie niczym odparzona dupka.

Na zakończenie wam powiem, że chyba rodzice się skruszyli po moim ostatnim wpisie i zabierają mnie na święta w góry. Wiadomo, że to nie to samo, co goańska piaskownica, ale podobno gór jeszcze nie widziałam (poza brzuchem taty), więc mam szanse się pozachwycać. No niech im będzie, ostatecznie może być. Tata coś wspominał, że super, bo pojeździmy na nartach, chociaż chyba trochę popłynął w swojej ułańskiej fantazji, bo jak sobie wyobrażę mamę – wieloryba, która chodzi jak kaczka z tym wielkim brzuchem – na nartach, to od razu popuszczam w pieluchę ze śmiechu. Ale może się nie znam i mama wszystkich zawstydzi. A może będę miała ubaw swojego życia. Tak czy siusiak siak, dam wam znać jak było.

A tymczasem lecę robić laurkę powitalną dla kota.