Przepraszam za zeszłotygodniową absencję. Mam nadzieję, że nie spowodowała ona masowych ataków histerii i weekendowego doła. Cała wina jest oczywiście po stronie taty, bo ja raptem miałam delikatny katar, ale  usłyszałam, że nie będę mu zaglucała jego hipsterskiego kompa z nadgryzioną gruszką na obudowie.

 

Nie, to nie. Wiadomo – zazdrosny jest, bo to ja cały czas nabijam najlepsze statsy na blogu. Ja dzięki temu miałam trochę luzu i mogłam zrobić porządki w szufladach w kuchni. Tak to elegancko ogarnęłam, że tata do dziś nie może znaleźć shaker’a. Ma za swoje. Tak naprawdę, to wyniosłam shaker do żłobka, bo catering ostatnio nam się przejadł i robimy sobie tajniackie koktajle mleczne.

Chciałam w tym tygodniu poruszyć jedną ważną kwestię, którą każda kobieta na świecie jest w stanie zrozumieć, oprócz mojej mamy. Tak, moi drodzy – chodzi o garderobę. Podobno doprowadzam mamę do szewskiej pasji, gdy kręcę nosem przy porannym ubieraniu się. Ale, żeby wszystko było jasne: ręka do góry, która z was ubrałaby tą samą kieckę drugi dzień z rzędu? Widzicie? A dla mojej mamy to przecież zupełnie naturalne. Sama jej nigdy nie widziałam dwa razy jednego tygodnia w tym samym stroju, ale co tam: dzieci mają inne zasady. Ha! Prędzej mi Peppa na ręce wyrośnie, niż się podporządkuję. Poza tym wiadomym jest, że konflikt pokoleń był, jest i będzie. Dotyczy on każdego aspektu naszego życia i na mnie, jako na przedstawicielce nowego, lepszego pokolenia ciąży kontynuowanie tej zacnej tradycji sprzeciwiania się skostniałemu pokoleniu od najmłodszych lat. Dla zasady. Im szybciej więc rodzice pogodzą się z myślą, że ich estetyka nie ogarnie nigdy w życiu łączenia pewnych kolorów i zestawów odzieży, tym lepiej dla nas wszystkich. Mamo i tato! Zrozumcie w końcu, że jeśli chcę iść w paputkach do żłobka, to nie jest to tylko i wyłącznie moja fanaberia, ale przede wszystkim trendsetting.

Ostatnio powiem wam, że dzieją się w mojej głowie różne dziwne rzeczy. Nie ogarniam ich do końca, ale powodują u mnie różne ciekawe sytuacje. Wydaje mi się, że trochę już wyrosłam z bycia małym glutem i stałam się trochę bardziej hardcore’owa. Wymyślam nowe zabawy, w które gram z rodzicami. Najbardziej lubię grę pt: cienki rodzic. Polega ona na sprawdzeniu, jak szybko rodzice wymiękną i na ciągłym przesuwaniu swoich granic. Klasykiem jest wspinanie się na różne przedmioty w domu i patrzenie głęboko w oczy rodzicom, przy jednoczesnym ignorowaniu poleceń przez nich wydawanych. Uwielbiam oglądać ten miks paniki i przerażenia na twarzy mamy, oraz próba bycia złym i stanowczym policjantem przez tatę. Spróbujcie koniecznie!

Mama i tata wpadli na fantastyczny pomysł uzmysłowienia mi, że moje pobudki w nocy są zupełnie bez sensu i powinnam spać jednym ciągiem do samego rana i wtedy, uwaga, będzie hit roku: przychodzić sama do ich łóżka! Hehehe, no nie mogę. Nie wiem, kto jest takim bystrzakiem: tata czy mama, ale powiem wam, że dowcip wyrobił im się bardziej, niż moja zdolność budowania zdań wielokrotnie złożonych. Pomimo niezwykłego pierwiosnka pierwiastka humoru, więcej w tym tragizmu a już tłumaczę dlaczego: po pierwsze, śnią mi się jakieś totalne bzdury, których nie ogarniam: słonie latają, koty do mnie mówią a Peppa robi mi śniadanie. Więc budzę się co chwilę i logicznym jest, że potrzebuję sporej dawki racjonalizmu. A nikt nie da mi jej więcej, niż rodzice, prawda? Po drugie i najważniejsze: sama mam dymać do łóżka rodziców? Are you kiddin’ me? (taaak, podłapałam to ostatnio od jakiegoś dzieciaka, który czyta potajemnie naszego bloga). Żeby uwypuklić wam powagę sytuacji, kilka słów wyjaśnienia: mieszkamy na parterze, w nocy rodzice skręcają karoryfery, więc pizga po nogach strasznie. I teraz weź tu odnajdź, będąc zaspanym swoje paputki, które pewnie zostawiłam w żłobku, nałóż je na zdrętwiałe od spania w kosmicznej pozycji nogi i idź 2 kilometry do pokoju rodziców, ściągnij paputki i wdrap się na ich łóżko, które nie wiedzieć czemu jest wyższe od sufitu w moim pokoju. Dziękuję bardzo, wolę sobie poczekać, aż tata przybiegnie w podskokach (pewnie też mu zimno w nogi, dlatego tak skacze) i zaniesie mnie ze wszystkimi należnymi honorami do łóżkowego Edenu.

A na zakończenie małe info: jutro mój wielki dzień! Robię imprezę urodzinową (wiadoma sprawa, że zleciłam to rodzicom, bo nie mam czasu się zajmować takimi drobiazgami a oni i tak się wiecznie nudzą). Stwierdziłam, że nie będę narażać na dewastację mojego pięknego pokoju, więc zorganizowałam bibę w knajpie. Jeśli nie zostaliście zaproszeni, to przykro mi bardzo, ale najprawdopodobniej uznałam, że narobicie mi wiochy, rozbryzgując dookoła jedzenie i picie. Ale nie martwcie się, będzie fotorelacja za tydzień, więc będziecie mogli zobaczyć jak było super i co straciliście.

Miłego weekendu wszystkim! Ja tymczasem idę sprawdzić, co tata skitrał w czarnej skrzynce w szafie. Na pewno to coś mega fajnego, bo jak tylko się do niej zbliżam, to od razu ze zdenerwowaniem (mocno udawanym) zaczyna mi prawić morały, że to nie zabawka. Bez sensu tato. Ja wcale nie chcę się tym bawić, tylko sprawdzić, jaki potencjalny wpływ będzie to miało na mój rozwój.