Byłam dzisiaj trzeci raz w przedszkolu, czyli w miejscu, w którym inne dzieci zabierają twoje zabawki. Jak to? Ja, piętnastomiesięczny glut i przedszkole, zapytacie? Ano tak to! Incredible India, jak mawiają moi rodzice. Ale po kolei…

 

Wszystko zaczęło się w momencie, w którym tata przebrał się za Świętego Mikołaja i myślał, że go nie poznam. Moja najfajniejsza koleżanka w Indiach, Gabi dała mi cynk, że niebawem jedziemy do przedszkola.

 

– Jedziemy do przedszkola! – powiedziała Gabi

– Jakiego cyckola? (To był czas, kiedy byłam jeszcze bardzo uzależniona i wszystko brzmiało i wyglądało, jak cycek. Chociaż, jakby się nad tym dłużej zastanowić, to ja dalej jestem tak samo uzależniona).

– Przedszkola Gupia! – powiedziała Gabi i beknęła z dezaprobatą.

 

Pojechałam. Zresztą, czy miałam inne wyjście? Pyta się mnie ktoś o zdanie? A jakbym powiedziała, że nie chcę, to co? Sami by pojechali? Pewnie tak, bo słyszeli, że to świąteczny dzień otwarty i w przedszkolu będzie darmowe jedzenie i picie. Anyway (tata uczy mnie angielskiego, you know?), pojechałam i… zaniemogłam z wrażenia. Odmogłam dopiero pod koniec, więc nie pamiętam, czy było fajnie, czy nie. Ale końcówka była bardzo fajna, bo tata się ze mną wygłupiał a wtedy zawsze jest fajnie.

 

I tak to się zaczęło. Można powiedzieć, że cała rodzina wkręciła się w to przedszkole, bo raptem 1,5 miesiąca później ponownie tam pojechaliśmy. Nie muszę chyba dodawać, że nikt się mnie nie zapytał, czy chcę jechać? Nie musicie odpowiadać. To było pytanie erotyczne, jakby co. (Tata tak często mówi do mamy). Tym razem w przedszkolu byłam już całkiem sobą, więc wszystko pamiętam. Było super, bo mogliśmy się taplać w błotku i chlapać się wodą. Trochę wkurzał mnie ten laluś ze Szwecji, bo się cały czas na mnie gapił. A tata powtarza mi od pierwszych dni, że każdy laluś, który się na mnie będzie gapił będzie lalusiem odstrzelonym siupganem śrutganem pistoletem. Na razie nic tacie nie mówiłam, bo nosi fajne pieluchy. W każdym razie czułam się niczym moja idolka, Peppa! Cała w błocie, ubaw po pachy. Szczególnie, jak sobie wyobrażałam, ile frajdy sprawię również rodzicom podczas wieczornej kąpieli. To był drugi raz i później sprawy nabrały już całkiem sporego rozpędu.

 

Tydzień później (znaczy się dziś), znienacka, tuż po obiedzie… bach w nosidło i do przedszkola. Już nie narzekałam w duchu, że bez pytanki, bo całkiem fajnie tam jest. Ale wyobraźcie sobie moje oburzenie, gdy zobaczyłam lalusia gapiącego się na inną dziewczynkę. Później laluś przewrócił się na mojej zabawce a ja poczułam się przez to dziwnie lepiej. Uwielbiam te nowe doznania! Dzisiaj bawiłyśmy się takimi kropkami i dostałam jedną na czoło. Tata się ze mnie śmiał i powiedział, że już wie, gdzie jest mój wyłącznik i od teraz będzie mnie wyłączał na noc. Hihi, śmieszny ten tata. Przecież wie, że mnie się nie da wyłączyć na noc. W dzień to co innego, ale niepotrzebny jest do tego żaden przełącznik.

 

No, a później było śpiewanie, tańczenie i zabawa maraksami grzechotkami. Lubię wtedy patrzeć, jak tata rusza ustami i udaje, że śpiewa bo nie zna słów i umie tylko refren. Dobrze, że chociaż się trochę ode mnie nauczył tańczyć, bo inaczej byłabym najmłodszą kobietą, która wstydzi się swojego ojca.

 

Ej, a tak w ogóle to słyszałam, że jestem bardziej popularna na tym blogu od taty. Ja tam się wcale nie dziwię, bo kto by chciał czytać dorosłego, który się wymądrza na tematy, na których się nie zna? Na mnie się zna ale o mnie jakoś nic nie napisze. Gałgan z niego straszny. Ale go kocham. I lubię się do niego przytulać, jak jeździmy na skuterze. Wtedy on się bardzo cieszy i mają z mamą mokre oczy. A wracając do popularności, to jakby co, to założyłam sobie potajemnie maila: helenkiñ[email protected], więc czekam na wiadomości. Całusy!