Ta.to pisał wczoraj na poważnie, więc ja dla wyrównania napiszę co u nas. A jest dość wesoło, także się wyrówna.
Trochę mam wrażenie, że u nas to wieczny chaos jest – ciągle coś się dzieje, nie ma nudy. Na szczęście w tym wszystkim potrafimy zachować jakąś harmonię i pielęgnować rytuały. Wiadomo, że nie zawsze się to udaje ale…

Codziennie zaczynamy dzień od muzyki. Choć chwila moment… W sumie dzień zaczyna się od nawoływania z Heli pokoju „Tatooo, Mamooo”. Potem jest muzyka i zawsze wspólne śniadanie. Prawie codziennie też tańczymy.
Kolacja też zawsze jest wspólna. Czasami w ciągu tygodnia uda się jakiś spacer kiedy jesteśmy wszyscy razem,ale to rzadko bo wiadomo jak to jest gdy mąż dużo pracuje. Weekendy za to są nasze i wtedy praktycznie wszystko robimy w trójkę, po prostu lubimy swoje towarzystwo i cieszymy się wspólnymi chwilami.

Ale wracając do meritum.

Drugi tydzień mieszkają z nami dwa małe koty. Kto mnie zna ten wie,że za kotami nigdy nie przepadałam jednak czego nie robi się dla miłości. Mąż od zawsze wolał mruczące od szczekających, więc od jakiegoś czasu szukałam idealnego kota. Znalazłam takiego w hodowli, pokazałam, nastąpiła akceptacja. Tu można by pomyśleć, że poszło szybko, sprawnie i na temat. Otóż nie. Nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie wykombinowała. Jakoś nie dawało mi to do końca spokoju, że mamy kupić kota z hodowli, kiedy tyle wyrzutków błąka się po tym świecie. Wiadomo, jak w opisie mojej osoby- rozkmina ze mnie straszna. I tym razem zrobiłam rachunek sumienia rozkładając wszystko na czynniki pierwsze. W moim sercu zapadła decyzja o zmianie. Zamieniłam kota z hodowli na kota, którego ktoś wyrzucił razem z mamą i rodzeństwem w kartonie. Musiałam tą wiadomość jakoś przekazać mężowi. Trochę było podchodów, ale żeby nie przedłużać napiszę – udało się! Tylko, że zamiast jednego kota mamy dwa. Rodzeństwo. Nie pytajcie… Po prostu serce!

Jest wesoło. Teraz oprócz córki i szczekacza w postaci Buby, mamy także dwa koty: Figę i Maka. A ja jak się okazało jestem prawdziwą kocią mamą. Zresztą nie tylko kocią. Coś tak czuję że za chwilę przekonam się co miel na myśli Ci którzy mówili, że w domu mają istny cyrk na kółkach. Za chwil parę urodzi się nasze drugie dziecko, więc bohaterów-wykonawców przybywa.

Odnośnie dziecka, to nadal nie wiemy czy będziemy mieli drugą córkę czy syna. Niby 24 tydzień się skończył, byliśmy na usg ale nadal nikt nam nie daje jasnej odpowiedzi. Mówią, że nie widać i najwyżej będziemy mieli niespodziankę podczas porodu. O ile lubię niespodzianki, ta jakoś mnie nie cieszy.

Kolejna zwyczajna, niezwyczajna rzecz o której chciałam napisać to fakt,że doszłam dziś do wniosku,że bycie eko nie jest dla każdego. Może z tym eko to przesadziłam, bo chodzi mi głównie o zdrowe jedzenie z wiadomych źródeł. I wcale nie mam tu na myśli względów finansowych (choć też), czy też chęci. Być może ktoś ma zasoby i nawet chciałby coś w swoim żywieniu zmienić, ale… No właśnie, ja tu widzę pewne ale. Czas.

Może Wam się to wydać dziwne, ale naprawdę żeby jeść zdrowo to trzeba mieć na to czas. Samo wymyślenie tego co zjemy trwa w moim przypadku bardzo długo a to dlatego, że jesteśmy uczuleniowcami. Szczególnie ja mam z tym wielkie problemy. Zanim znajdę inspirację, przeanalizuję skład, porównam z tym co może jeść mąż, co jest odpowiednie dla mnie (często się wyklucza), a co Hela to naprawdę już mam dość. Potem jeszcze te produkty trzeba znaleźć. I to nie jest tak, że pójdę do Biedronki i kupię składniki na obiad. O niee, nie ma lekko. Najlepiej, jak będą to zagrodowe kurczaki bo po innych ostatnio mnie wysypało. Super jak dostałabym w jednym miejscu cieciorkę, czosnek niedźwiedzi, łuskany sezam czy inne produkty. Niestety, często gęsto trzeba latać po kilku sklepach. Potem przychodzi się do domu i trzeba w biegu robić obiad. Następnie odebrać dziecko ze żłobka. Czasami łapie się na tym, że podczas 5 godzin pobytu Heli w żłobku nie mam chwili by usiąść. I właśnie niestety zaczynam widzieć, że sił coraz mniej a zadyszka coraz większa. A tu dzień za dniem podobne do siebie.
Także powiem, cieszcie się Ci, którzy jecie zdrowo ale nie musicie przeginać w drugą stronę. Dla mnie prowadzenie i utrzymanie diety bezcukrowej, bezdrożdżowej, bezjajecznej i beznabiałowej jest po prostu mega wielkim utrapieniem.

Zakończę ten post pozytywnie, bo tak naprawdę uważam się za wielką szczęściarę i z uśmiechem na twarzy staram się przebrnąć przez czasem gorsze dni. Otóż drodzy Państwo! Wpadłam na fantastyczny pomysł i zorganizowałam nam wypad na weekend. Tylko mi i mężowi. Bez Heli, bez Buby, bez Figi i Maka. Sami samiuteńcy jedziemy. No oczywiście z fasolą w brzuchu, ona nieodłączna póki co. Organizacyjnie myślę,że mam wszystko dopięte na ostatni guzik.

Wyjeżdżamy w piątek po południu, wtedy też przychodzi do Heli niania. Najcudowniejsza pod słońcem, że się na to zgodziła. Będzie u nas od piątku do niedzieli. Hela ją zna i bardzo lubi, a my cieszymy się, że zostanie pod taką opieką. To nasz pierwszy od dwóch lat weekend we dwoje. I na pewno ostatni na kolejne dwa lata, także naprawdę skaczemy z radości. Oczywiście snujemy plany jak to będzie i co będziemy robić. Mam tylko nadzieję, że nie skończy się tak,że prześpimy całych dwóch dni.

Wam również życzę tego byście w całej tej gonitwie dnia codziennego potrafili na chwilę zwolnić, by pobyć ze sobą. Być może nie macie możliwości zostawienia z kimś dziecka na cały weekend, ale może chociaż na kilka godzin? To zawsze coś. A czas spędzony z naszym partnerem jest niesamowicie ważny i potrzebny. Do dzieła!