Ostatnio trafiłem na ciekawą amerykańską firmę, która oferuje zabawki dla dzieci w abonamencie. Jak na ojca – geek’a przystało, od razu zajarałem się pomysłem i już snułem sobie wizje, jak fajnie byłoby mieć coś takiego u nas, w Polsce.

W dobie sharing – economy, idea abonamentu na zabawki wydaje mi się być niezwykle atrakcyjna. Za niewygórowaną opłatę miesięczną – w przypadku rzeczowej firmy wynosi ona 25 dolarów za miesiąc, otrzymujemy 5 zabawek miesięcznie. Gdy zabawki znudzą się już waszym pociechom, odsyłacie je z powrotem a wy dostajecie nową paczkę. Jeśli dziecko zakocha się na przykład w słodkim drewnianym pociągu (kto nie kocha pociągów?), można go po prostu kupić.

Zrzut ekranu 2016-03-30 17.12.33

Im dłużej nad tym myślałem, tym bardziej podobał mi się pomysł. Przecież dzieci są tak skonstruowane, że szybko nudzą im się zabawki a tu, dzięki rotacji co miesiąc dostajemy nowy zestaw.

A co z higieną?

No właśnie. Na stronie firmy jest informacja, że zabawki przed kolejną wysyłką są czyszczone, by pozbyć się wszystkich zarazków. Ale czy to czasem nie jest bariera dla niektórych rodziców? W końcu wiadomo, że jeśli chodzi o nasze dzieci, stajemy się niezwykle podejrzliwi i czujni. A co jeśli nie pozbędą się wszystkich bakterii? A co, jeśli coś przeoczą? Przecież tego klocka jakieś inne dziecko wkładało wcześniej do buzi!

Dzieci mają też to do siebie, że swoje zabawki najzwyczajniej w świecie niszczą. A co,  jeśli moje dziecko w następnej paczce dostanie zużytą zabawkę? Zadrapaną, uszczerbioną, ledwo-działającą? Odpowiedzi na te pytania próżno szukać na stronie firmy, która oferuje zabawki w abonamencie.

A ja, im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiam, tym bardziej jestem pewien, że chyba jednak nie skorzystałbym z oferty zabawek na abonament. I w sumie nie wiem dokładnie dlaczego – w dalszym ciągu uważam, że pomysł jest świetny a jednak coś wewnątrz mnie mówi mi, że sam wiem najlepiej, co chciałbym kupić mojemu dziecku do zabawy.

Ale to już było…

Poszperałem trochę w sieci i okazuje się, że pomysł nie jest taki innowacyjny, jak mogłoby się na początku wydawać. W przepastnych zbiorach internetu znalazłem dyskusję datowaną na rok 2013, w której pewna pani żaliła się, że otworzyła sklep z abonamentem na zabawki w Polsce i… nikt nie chce z tego korzystać. No cóż, być może mocno wyprzedziła nasze czasy?

Niekoniecznie. W 2014 roku po polskich blogach parentingowych przetoczyła się informacja o Bondibox, czyli eko – zabawkach oferowanych w abonamencie. Gdy chciałem wejść na stronę firmy, przywitała mnie informacja o tym, jaka firma hostingowa obsługuje domenę Bondibox oraz link do kontaktu z właścicielem domeny, jeśli byłbym zainteresowany jej wykupieniem. Co poszło nie tak?

Być może gdzieś, głęboko w nas tkwi przekonanie, że nie po to obalaliśmy komunizm, żeby teraz dzielić się tymi samymi zabawkami z innymi dziećmi? Być może lubimy mieć wszystko na własność, bo wtedy czujemy większy sens w tym, że tak ciężko pracujemy na to wszystko. Być może dlatego w Polsce tak bardzo chcemy mieć własne mieszkanie, że godzimy się na kilkudziesięcioletnie kajdany zakładane nam przez banki? Nie spotkałem takiego parcia na własne M w innych krajach (a podróżowałem naprawdę bardzo dużo) i być może to wszystko sprowadza się właśnie do tego, żeby posiadać na potęgę, bo poprzednie pokolenia w naszym kraju nie posiadały nic lub posiadały bardzo niewiele.

Być może w USA abonament na zabawki się przyjmie, lub już się przyjął. Nie wiem. Tak samo nie wiem, skąd u mnie taki dysonans – z jednej strony tak bardzo podoba mi się ta idea a z drugiej strony wiem, że nie zamówiłbym tych zabawek dla mojego dziecka. Ciekawy jestem waszej opinii. Macie na przykład opcję skrojoną pod polskie warunki: 69 zł miesięcznie za 4 drewniane zabawki. Bralibyście?