Ostatnio dzieci dość mocno dawały mi w kość. Zdecydowanie częściej, niż zwykle myślałam o tym, jak to super byłoby się teleportować gdzieś z dala od nich. Gdzieś, gdzie będę mogła wypić ciepłą kawę w spokoju lub poczytać gazetę sprzed kilku miesięcy. Myśl wyjazdu na dzień lub dwa zaczęła kiełkować w mojej głowie bardzo powoli.

A może by tak na jesieni wyjechać? – myślałam. Nawet zapytałam wstępnie dwie koleżanki, czy byłyby chętne na taki babski wyjazd. Brałam pod uwagę wrzesień lub początek października. Wyliczałam sobie, że Hania będzie miała wtedy 1,5 roku, a Hela 4 lata. Powinny już dać sobie radę beze mnie – przekonywałam sama siebie. 
 
Często w życiu bywa tak, że te najfajniejsze rzeczy i decyzje zapadają na spontanie. Tak też było i w tym przypadku. 

Pewnego wieczoru napisała do mnie koleżanka. Pytała, czy mam ochotę wyjechać z nią na babski wypad do Kazimierza.
 
– Kiedy? – zapytałam.
– Jutro – odpowiedziała.
 
Przeczytałam to pytanie kilka razy i za każdym razem miałam w sobie inne emocje. Gdyby emocje miały kolory, to powstałby z tego niezły obraz. Oczywiście perspektywa babskiego wyjazdu powodowała u mnie wielką radość.
 
– Jak nie teraz to kiedy? – pomyślałam. 
 
Ale z drugiej strony dochodził do mnie głos obawy o Hanię. Przecież ja ją karmię piersią, nie mogę jej tak z dnia na dzień zostawić. Poza tym myślałam, że taki wyjazd jest niemożliwy ze względu na to, że był środek tygodnia. Martin miał przecież swoją robotę do zrobienia. Nie mogę obarczać go dziećmi, na pewno nie będzie z tego powodu zadowolony – byłam tego więcej niż pewna.
 
Sama nie wiem, czy szukałam wtedy na siłę wymówek, bo tak naprawdę w głębi serca bałam się pojechać, czy o co mi wtedy chodziło. Ale dałam sobie kilka chwil na zastanowienie się. Wzięłam kilka wdechów i wydechów. A później odpowiedziałam sobie na pytanie, czego ja w tym momencie potrzebuje. Co chcę zmienić, by móc dalej zdrowo funkcjonować. Może to egoistyczne, ale teraz już wiem, że taki zdrowy egoizm jest bardzo wskazany. Musimy dać sobie taką możliwość, ale o tym więcej napiszę pod koniec…
 
Gdy przedstawiłam Martinowi pomysł spontanicznego wyjazdu, od razu powiedział krótko:
 
– Jedź! My sobie świetnie poradzimy.
 
Decyzja zapadła. Jadę.

MATKA POLKA

Pakując się na wyjazd, czułam się jak nastolatka, która pierwszy raz wyjeżdża z domu. W ogóle nie mogłam uwierzyć, że pakuje same dorosłe rzeczy! Zero zabawek, pieluch i innych dziecięcych gadżetów. Po raz pierwszy od kilku lat mogłam skupić się tylko na sobie. To uczucie delektowania się chwilą towarzyszyło mi przez cały wyjazd. Oczywiście co chwila łapałam się na tym, że nie mam rano innych obowiązków poza ogarnięciem SIEBIE. Myśląc o obiedzie mogłam myśleć tylko o tym, na co JA mam ochotę a nie co zrobić, czy gdzie pójść, by zaspokoić potrzeby moich wymagających córek. Upajałam się tymi chwilami, próbowałam je jak najlepiej wykorzystać, zapamiętać, chłonąć całą sobą. W końcu to JA sama stanowiłam o sobie. To JA mogłam decydować, o której mam ochotę wstać z łóżka i jak chcę spędzić dzień. 
 
Oczywiście były takie chwile i momenty, że tęskniłam za dziewczynami. 
Wcześniej, gdy wizualizowałam sobie wyjazd byłam pewna, że cały czas będę o nich rozmyślała, że będzie mi ciężko bez nich. A gdy już wyjechałam, okazało się, że nie chciałam tracić czasu na zamartwianie się. Ba, byłam pewna, że świetnie się bawią z tatą. Zresztą wiedziałam od Martina, że zachowują się tak, jakby nie zauważyły, że mnie nie ma. Skoro tak, to i ja nie będę się stresowała – pomyślałam.
 
– Masz wyrzuty sumienia, że wyjechałaś? – dopytywała się Monika. 
– Absolutnie nie. Mi to jest bardzo potrzebne – odpowiadałam.

Spędzałam z dziećmi całe dnie, nigdy nie miałam możliwości podrzucenia dziewczyn do dziadków, czy chociaż jednodniowego odpoczynku. Uważam, że wychowywanie dzieci jest dużo bardziej męczące i wymaga od nas wiele więcej wysiłku, niż chodzenie do pracy na 8 godzin dziennie. A przecież od takiej „zwyczajnej” pracy mamy 2 dni wolnego. Od bycia matką 24h/7 dni w tygodniu wolnego nie mamy wcale. Ja po prostu czułam, że ten wyjazd mi się należy.

WRAŻENIA

Spędziłam niesamowity czas. To był taki wyjazd, którego nie zapomina się do końca życia. Przede wszystkim towarzystwo… 
 
Monikę poznałam niecały rok temu, także całkiem niedawno. Zaprosiliśmy ją wtedy z Martinem na nagranie odcinka naszej Piaskownicy Artystycznej. Gdy tylko przekroczyła próg naszego mieszkania, od razu poczułam do niej miętę. Wydawała mi się taka piękna – pamiętam dokładnie, jaki miała makijaż i jak była ubrana. Pamiętam też, że wydała mi się tak niesamowicie ciepłą i fajną babką. 
 
Ale super mieć taką osobę wsród swoich znajomych – tak wtedy myślałam. 
 
Nie miałam zielonego pojęcia, że to pierwsze spotkanie będzie początkiem naszej znajomości. W życiu bym nie przypuszczała, że to z nią wyjadę na mój pierwszy babski wyjazd od niepamiętnych czasów… Towarzystwo na wyjazdach to podstawa. Fajnie jest, jak trafiamy na ludzi bezkonfliktowych, tak by każdy mógł się czuć luźno i robić to, na co ma naprawdę ochotę. By współtowarzysz dawał nam przestrzeń i nie osaczał nas. Tutaj tak właśnie było.
 
Rozmowy przy winie do późnej nocy… Oj nie pamiętam, kiedy piłam wino… No dobra, może tu przesadzam. Ale na pewno nie pamiętam, kiedy piłam wino w babskim gronie i beztrosko plotkowałam, wiedząc, że nie muszę wstawać kilka razy w nocy do dziecka. Poza tym, przy karmieniu Hani musiałam się ograniczyć do jednego kieliszka. Tym razem nie było takiej potrzeby…
 
Gdy po takim wieczorze kładłam się spać, z podekscytowania tym, że nie muszę się rano zrywać… nie mogłam zasnąć.
 
Dużo rozmów, wina, dobrego jedzenia, spacery, jazda samochodem i głośne słuchanie muzyki – to tylko mały element naszego wypadu. Co tu dużo mówić – było bosko!

BEFOREK

Wieczorem wybrałyśmy się na koncert przy okazji festiwalu Kazimiernikejszyn. Był ciepły wieczór i czerwone szminki na ustach, a my nieśpiesznie, spacerem wybrałyśmy się na miejsce. Po drodze Monika zaproponowała, by wstąpić na kieliszek wina do ulubionego Vincenta.

– Eeee, kieliszek? – zdziwiłam się. – Mam pomysł! Kupmy sobie w sklepie butelkę – zaproponowałam. 

Tak też zrobiłyśmy. 

– Poprosimy takie wino, które jest odkręcane – z uśmiechem powiedziałyśmy pani w sklepie. 
– I dwa plastikowe kubeczki, jeśli są – dodałyśmy po chwili.

Ależ byłyśmy z siebie dumne, że jesteśmy takie zaradne i nie przepłacamy za wino w drogim hotelu. Ja to w ogóle miałam banana na twarzy, bo tak strasznie mi się to podobało. No wiecie – ostatni raz takie sytuacje picia wina w plenerze na nielegalu to może z 13 lat temu miałam. Czułam się, jakbym się cofnęła o conajmniej 10 lat. To było takie superanckie, że aż teraz gdy sobie to uczucie przypomnę, to się śmieje do tego wspomnienia. 

O co jej chodzi? – pewnie niektórzy z Was pomyślą. Jednak dla mnie to było coś. Kupić nie wodę, nie soczek dla dziecka, a wino dla siebie i koleżanki, które za chwilę miałyśmy wypić gdzieś po kryjomu w plenerze! To było coś!

Za wiele go nie wypiłyśmy, może po kubeczku, po czym poszłyśmy na koncert. 
Widać, że ze skitranym winem w torebce nie miałyśmy zbyt dużego doświadczenia, bo gdy pan ochroniarz na bramce przeszukiwał nam torebki i znalazł wino, to jedynie spojrzał na nas z politowaniem.

– Z własnym alkoholem nie można wejść – poinformował nas spokojnie. 

Monika stanęła z boku i zaczęła dzwonić do koleżanki, a ja w tym czasie użyłam swoich tajnych mocy.

– Wchodzimy! – zawołałam do Moniki chwilę później.

Od zawsze wiem, że powinnam pracować jako śledczy dochodzeniowy. Minęłam się z powołaniem, jednak czasem moje umiejętności przydają się w życiu codziennym. Tak też było i tym razem. Podczas gdy Monika rozmawiała przez telefon, ja obserwowałam ludzi. Widziałam coś, czego widzieć nie powinnam. Coś, czego pan ochroniarz nie powinien był zrobić. Podeszłam do niego, powiedziałam co zobaczyłam i dodałam, że jeśli nie chce mieć problemów, to ma nas wpuścić. Resztę już znacie.

KONCERT

Na miejscu były już nasze pozostałe znajome, także reszta butelki została opróżniona szybciej, niż zdążycie przeczytać ten akapit. 
Dopiero w połowie koncertu uświadomiłyśmy sobie, że mamy opaski pozwalające nam wejść na backstage. Poszłyśmy, a tam…. przywitał nas alkohol za free.

Kurtyna… 

Jednak dla poczucia „Oo-oo! Mogę wszystko!„ warto było przeprowadzić rozmowę z panem z ochrony. Zresztą po tym zdarzeniu od razu przyszła cała masa wspomnień, kiedy pracowałam dla Philip Morris Polska na największych krajowych imprezach. Oj wtedy to się działo! Byłam niczym Superwoman i nie było dla mnie rzeczy niemożliwych. Niestety, przez ostatnie lata moje umiejętności ograniczały się jedynie do rozwiązywania sporów o to, kto i kiedy ma się bawić zabawką, oraz do negocjacji, ile łyżek zupy ma zjeść Hela. Także jak sami widzicie – zupełnie inna skala.

Po koncercie Kamila Bednarka, na którym wyszalałyśmy się na maxa, powstał w mojej głowie spontaniczny i szalony pomysł:

– Napiszę do niego maila z podziękowaniami – powiedziałam do Moniki.

Trochę chyba się zdziwiła, ale wytłumaczyłam jej, że opiszę mu całą otoczkę, jaka towarzyszyła moim emocjom: pierwszy wyjazd od lat i takie wielkie szaleństwo przy jego muzyce. Chciałam najzwyczajniej w świecie podziękować mu za tą energię, którą dał mi oraz tym wszystkim ludziom, którzy się tak zajebiście bawili. 

I nie było tu naprawdę żadnego podtekstu, żadnej chęci podrywu czy cokolwiek innego, co by mogło zostać opatrznie zrozumiane. Zresztą jakoś nigdy wcześniej nie miałam tendencji do flirtów z idolami nastolatek, więc nie wiem dlaczego miałabym mieć teraz.

A dlaczego to tak tłumaczę?

KAMIL BEDNAREK

Otóż, gdy stałyśmy sobie z innymi znajomymi, organizator koncertu przyprowadził do nas Kamila Bednarka, mówiąc:

– One chciały cię poznać… 

Myślałyśmy, że zapadniemy się pod ziemię ze wstydu. Serio. Tu dorosłe kobiety, matki, żony, partnerki, a niby marzyły o poznaniu Kamila. Z całym szacunkiem dla niego i jego twórczości… Ktoś nas nieźle wrobił…

Ale mało tego.

Byłyśmy dość zażenowane całą sytuacją. On chyba poczuł się też dość dziwnie, wyciągnięty z namiotu do kilku lasek. W dodatku nie pomogło to, że moje pierwsze słowa, zaraz po przedstawieniu się brzmiały:

– Czy to prawda, co piszą? Masz żonę i potajemnie wziąłeś ślub?

Dżizas! Już gorzej być nie mogło. Co mnie podkusiło, by to powiedzieć? Chryste Panie! Teraz to już na pewno odbiera nas, jako napalone, spuszczone ze smyczy laski. MASAKRA.

Na szczęście wszystkich z opresji uratował znajomy Kamila, który po niego przybiegł. Kamil powiedział, że zaraz wróci. Oczywiście nie wrócił… Ale wcale mu się nie dziwię.

Potem, gdy tańczyłyśmy z Moniką pod sceną, a on na nią wyszedł wykonałam poniższy gest:

Myślałam, że pokazuje mu coś w stylu: „no cześć, jednak znów się widzimy”. Martin, gdy opowiadałam mu tą historię uświadomił mi, że Kamil Bednarek mógł sobie jednak pomyśleć coś zupełnie innego. Myślałam, że spalę się ze wstydu. Po raz drugi.
 
I jak tak sobie teraz o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że maila już raczej pisać nie będę.
 
A sam koncert? Był totalnie NIE-SA-MO-WI-TY! Ostatnią godzinę przetańczyłyśmy w strugach deszczu. Było w tym coś magicznego i oczyszczającego. Krople deszczu spływały nam po twarzy, mokre ubrania były przyklejone do ciała. Oddałyśmy się totalnie tej atmosferze, wyśpiewując razem z Bednarkiem: 

„Takie chwile jak te
Nie zdarzają się zbyt często
Takie chwile jak te
To nasze zwycięstwo”

Wracałyśmy na piechotę, deszcz cały czas padał, ale wcale nam to nie przeszkadzało. Kładłyśmy się spać nad ranem, z uśmiechem od ucha do ucha.

POWRÓT

Mimo, że spałam ze 3 godziny i wiedziałam, że za kilka godzin wracam do domu czułam się totalnie szczęśliwa i spełniona. Wypełniała mnie radość. Te dwa dni pozwoliły mi poczuć się dawną sobą. Przypomniały mi, jaką osobą zawsze byłam. Jaka tak naprawdę jestem. Coś, o czym zapomniałam, bo tak bardzo skupiłam się na dzieciach i na rodzinie. 
 
Nie chcecie dać sobie czasu na odpoczynek? Boicie się, że jak wyjedziecie to świat się zawali? Może mąż nie ubierze dzieci tak jak Wy, nie zrobi im takiej fryzury jak Wy robicie, nie zaśpiewa piosenki na dobranoc tak, jak Wy śpiewacie. Ale uwierzcie mi na słowo – da z siebie wszystko, bo jest tatą. Najlepszym tatą dla swojego dziecka. Trzeba im tylko zaufać a zobaczycie, że wszyscy poradzą sobie lepiej, niż przypuszczamy.
 
Zobaczycie także, ile daje taki wyjazd, jak ładuje akumulatory i jak poprawia relacje w związku…
 
No i przede wszystkim – to nie musi być wyjazd na dwa dni. Może to być popołudnie z koleżanką, może to być noc spędzona poza domem. Każdy ma inne potrzeby. Jednak ja mam postanowienie – częściej i regularniej dawać sobie przestrzeń i czas na bycie Kasią – dziewczyną. Kasią – kobietą, która mimo, że kocha swoje dzieci nad życie, ma także życie poza nimi.
 
Teraz już wiem, jakie to jest ważne. 
 
Gdy wróciłam do domu, młodsza córka miała focha i nie chciała się przytulić. Z kolei starsza była na maxa stęskniona. A ja ciesze się, że po raz pierwszy w życiu miała okazję się za mną stęsknić. Teraz przynajmniej wie, jakie to uczucie.
 
Po moim powrocie szybko okazało się, że moje lęki i obawy były bezpodstawne. Hania, która była cycoholikiem, nagle na dwa dni została bez piersi. Podczas mojej nieobecności zachowywała się tak, jakby tego zupełnie nie zauważyła. Zjadała wszystkie posiłki i popijała wodą lub mlekiem roślinnym. Gdy wróciłam, zaczęła ssać, jakby nigdy żadnej przerwy nie było (jak już jej przeszedł foch).
 
Ja wróciłam stęskniona za dziećmi, ale też i za mężem. Gdy na wyjeździe nasłuchałam się od znajomych opowieści o tym, jak trudno znaleźć fajnego faceta, mojego doceniłam jeszcze bardziej. Teraz czuję się, jakbym po raz kolejny się zakochała! Także jak widzicie, taki wyjazd przyniósł same plusy.
 
Polecam bardzo – Kasia Harmony.
 
A jeżeli wam mało, to poniżej możecie zobaczyć relację wideo z naszej dwudniowej rozłąki:

HARMOZIOMKI & POZIOMKI!

Jest nas wszędzie pełno. Jesteśmy tutaj, na Instagramie, Facebook'u i YouTube. Czasem robimy transmisje Live. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u nas, zapisz się do naszego newslettera. Raz w tygodniu dostaniesz od nas najciekawsze informacje ze wszystkich naszych kanałów.

Żółwik, beczka i piąteczka! Zapisałeś się do naszego wypasionego newslettera. Do przeczytania niebawem!

Albo nasze dzieci znów bawiły się naszym serwerem albo Tobie się coś pomyliło :( Spróbuj jeszcze raz!

Leave a Reply

4 komentarzy do "CO SIĘ STANIE, GDY DZIECI ZOSTAJĄ SAME Z TATĄ, CZYLI MATKA POLKA ODPINA WROTKI"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Www.niupki.wordpress.com

Ale wyjść do sklepu po bułki… Nawet popołudnie czy weekend z koleżanką niepotrzebne 😉

Magda
Magda

Wielkie dzieki za ten tekst. Nawet nie masz pojecia ile dobrego zrobił w mojej głowie.
Potrzebuje- choc paru godzin…. Moze uda sie soon…..

Pozdrawiam
M

Kasia
Kasia

O nie, ja nie zasnę, jak się nie dowiem, co zrobił ten Pan Ochroniarz, czego nie powinien zrobić !

trackback

[…] próbę odstawienia podjęłam latem. Wtedy przytrafił mi się spontaniczny wyjazd na 3 dni ale z odstawienia nic nie wyszło. Dlaczego? Bo nie byłam z tym pogodzona. Nie ja to […]

wpDiscuz
Nie ma więcej wpisów

HARMOZIOMKI & POZIOMKI!

Jest nas wszędzie pełno. Jesteśmy tutaj, na Instagramie, Facebook'u i YouTube. Czasem robimy transmisje Live. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u nas, zapisz się do naszego newslettera. Raz w tygodniu dostaniesz od nas najciekawsze informacje ze wszystkich naszych kanałów.

Żółwik, beczka i piąteczka! Zapisałeś się do naszego wypasionego newslettera. Do przeczytania niebawem!

Albo nasze dzieci znów bawiły się naszym serwerem albo Tobie się coś pomyliło :( Spróbuj jeszcze raz!

Newsletter - srusletter. Spadówa mi z tym!