Po zamieszczeniu kilku zdjęć z porodu w Domu Narodzin dostałam mnóstwo zapytań dotyczących miejsca, warunków i atmosfery, która tam panuje. Postaram się zatem w miarę krótko i zwięźle opisać, jak to wyglądało z mojej perspektywy.

Dla przypomnienia tym, którzy wiedzieli oraz poinformowania tych, którzy nie wiedzieli a pytają – napiszę, że pierwszą córkę urodziłam 2,5 roku temu na Inflanckiej. Po tygodniu od wyznaczonego terminu porodu tak jak zalecali zgłosiłam się na patologię ciąży, w celu obserwacji mnie i dziecka. Dwa dni później była z nami na świecie Hela. Rodziłam tak jak chciałam, czyli bez znieczulenia, za to w towarzystwie mojego męża. Mimo nacięcia krocza i komplikacji z łożyskiem (musieli je wydobywać ręcznie) dość szybko doszłam do siebie, jednak tego porodu nie wspominam jakoś super miło. Ogólnie strasznie dużo zamieszania, bardzo głośno, sprzątaczki, które bez pardonu wpadały do sali o 5 rano nie przejmując się nami, kobietami, które i tak całą noc nie spały. Wiele by można jeszcze wymieniać.

O tym jakie zaszły we mnie zmiany i jak to wpłynęło na decyzję nie tylko o samym porodzie, ale także na to jak wychowywać dzieci napiszę kolejnego posta, bo pewnie będzie meeega długaśny.

W każdym razie dojrzewałam do decyzji, że nie chcę już rodzić w taki sposób. Szukałam alternatywy, czytając i rozpatrując różne opcje. Chciałam by było jak najbardziej naturalnie, domowo, spokojnie, komfortowo.

Wiedziałam już, że nie pasuje mi, że podczas mojego porodu są dwie położne, co jakiś czas przychodzi lekarz i jest kilkoro studentów medycyny, którzy się przyglądają. Nie podobała mi się także cała ta medyczna otoczka.

Zastanawiałam się nad porodem w naszym mieszkaniu, jednak po przemyśleniu za i przeciw oraz rozmowie z moim lekarzem prowadzącym spanikowałam i zrezygnowałam z pomysłu. Teraz myślę sobie, że niesłusznie. Ale jak zawsze – Polak mądry po szkodzie.
Im więcej się dowiadywałam o innych szpitalach w tym o prywatnym Medicover, tym bardziej czułam się zdesperowana, by znaleźć miejsce idealne na poród.

Znalazłam.

dom narodzinPostanowiliśmy, że będziemy rodzić w Domu Narodzin na Żelaznej. Nadal niewiele osób wie o istnieniu tego miejsca, jednak mam nadzieję, że dzięki temu ile z Was zobaczyło moje zdjęcia na Instagramie i ile osób przeczyta tego posta będę szczęśliwa, że przyczyniłam się do szerzenia tak ważnej informacji. Zadajecie dużo pytań odnośnie tego jak wygląda procedura przyjęcia, ile to kosztuje, kiedy trzeba się zapisać itd. Zaraz postaram się na te pytania odpowiedzieć, opisując nasz poród.

Przede wszystkim podstawową informacją jest to, że żeby rodzic w Domu Narodzin trzeba mieć idealnie przebiegającą ciąże, bez żadnych powikłań, odchyleń, złych wyników badań itd. No chyba, że mamy np. niedokrwistość ale bierzemy suplementy i jest szansa, że wyniki się poprawią.

Bardzo ważne jest to, że wszystko jest całkowicie bezpłatne. Za poród tam nie płacimy! Mimo tego nie decyduje się na tą opcję zbyt wiele kobiet, bo w Domu Narodzin wszystko odbywa się naturalnie, bez zbędnych ingerencji medycznych. Nie możemy prosić o znieczulenie, rodzimy siłami natury, podczas porodu nie ma przy nas lekarza, za to rodzimy z położną, nie mamy cały czas podpiętego ktg, które monitoruje stan dziecka, tylko położna przychodzi i co jakiś czas sprawdza zapis.

Wiele osób mówi, że woli rodzić w „normalnym szpitalu”, bo czuje się tam bezpieczniej. Muszę więc wspomnieć, że w razie gdy podczas porodu dzieje się coś zagrażającego zdrowiu maluszka lub naszemu, to w tym samym budynku jest normalny blok porodowy, także jest możliwość szybkiego przemieszczenia się.

Około 32 tygodnia ciąży musimy zadzwonić i umówić się na wizytę kwalifikacyjną, podczas której nas zbadają, sprawdzą przebieg ciąży i po rozmowie wydadzą zgodę, tudzież odmowę na taki poród. Niestety nie da się zarezerwować takiego miejsca, więc nawet jeśli nas zakwalifikują nie daje nam to 100% szans na poród w DN. Wszystko zależy już od tego czy jak przyjedziemy na miejsce będą akurat wolne sale czy nie.

Odnośnie sal – są trzy: Londyn, Paryż i Rzym. Jeśli nam się poszczęści, będziemy mogli sobie sami wybrać tę, która nam się najbardziej podoba. Różnią się od siebie tylko wyglądem. Wszystkie wyposażenie są tak samo.

Wracając jednak do naszego porodu…

Gdy przekroczyłam magiczny tydzień od wyznaczonej daty porodu,  lekarze oczywiście zaczęli panikować. Jak zawsze. Mój lekarz prowadzący tą i poprzednią ciążę sugerował, by znów zgłosić się na patologię. Pamiętając poprzednie przejścia tym razem  postanowiłam poczekać. Podjęłam za to decyzję, że prywatnie będę monitorować stan swój i dziecka do dziesięciu dni po porodzie. Jeśli do tego czasu nic nie drgnie, zgłoszę się do szpitala.

Dziewiątego dnia po terminie (czyli tak jak przy pierwszym dziecku) byłam sama w domu i nagle dostałam skurczy. No, może nie tak nagle, bo świadomie od dwóch dni pracowałam nad tym by je naturalnie wywołać. W rezultacie podziałał seks i masowanie brodawek. 20 minut po takim masażu zaczęły się skurcze. Zupełnie na spokojnie sprzątnęłam jeszcze mieszkanie, nastawiłam pranie, naszykowałam córce ubranko na drugi dzień do żłobka. Powiadomiłam mojego męża, że się zaczęło a także zadzwoniłam do mojej mamy żeby przyjechała do Heli.
W domu robiłam wszystko by nie myśleć o bólu, wsiadaliśmy do samochodu, gdy skurcze były co 3 minuty.

Gdy dojechaliśmy do szpitala, skierowaliśmy się na Izbę Przyjęć. Tam panie położne (jak później przyznały) przyjęły mnie z powątpiewaniem. Lekarka, która przyszła mnie zbadać powiedziała mi, że była pewna, że zaraz mnie odeślą do domu.

„Tak kobiety rodzące nie wyglądają” – padło później z jej ust.

Rzeczywiście – byłam bardzo spokojna, szczęśliwa i uśmiechnięta od ucha do ucha. Cieszyłam się bardzo, że ominęło mnie sztuczne wywoływanie porodu, a także że załapałam się na poród w Domu Narodzin. Naprawdę byłam szczęśliwa i podekscytowana. Po badaniu, położna powiedziała, że faktycznie rodzę i przenosimy się na górę. Zadzwoniliśmy do zaprzyjaźnionej Kasi z Little Fox Photography – cudownej fotografki, która powiedziała, że jeśli będzie taka możliwość to chętnie zrobi nam kilka pamiątkowych zdjęć.

Tymczasem zajęliśmy jedną z trzech sal porodowych – Londyn. Pokój wiele z Was widziało na Instagramie: piękna tapeta w kwiaty, duża wanna, prysznic, cudowne duże drewniane łóżko, rzeźbiona kołyska w której był miś szumiś (!), świece, muzyka… Przecudny klimat, zupełnie jak w domu. I o to chodziło. Od razu poczułam jeszcze większy spokój i opanowanie.

Pani położna uprzedzona przeze mnie, że chcę wejść do wanny i w niej urodzić, od razu nalała mi wody, bym mogła jak najszybciej się w niej znaleźć. Wyszłam z niej jakiś czas później – z długo wyczekiwaną Hanią.

Wiele z was pytało o to, czy miałam opłaconą położną lub lekarza prowadzącego w tym szpitalu.

Nie, nie miałam. Uważałam, że to zbyteczne i do niczego akurat mi niepotrzebne. Czułam, że najważniejsze, by był ze mną mąż. Wiedziałam, że położna musi być obecna, więc było mi zupełnie obojętne czy będzie to pani, która mi przysługuje “z urzędu”, czy pani, za którą zapłacę. Trafiłam na panią Marię Romanowską – przecudną kobietę, pełną pasji, z super życzliwym nastawieniem, dzięki której poród okazał się mega pozytywnym doznaniem.

Po porodzie, który był naprawdę ekspresowy (od skurczy do samego porodu upłynęły niecałe 4 godziny), nastąpiły błogie pierwsze dwie godziny kangurowania w sali, w której rodziliśmy. Mogliśmy sobie w trójkę leżeć w łożku, przytulać się i patrzeć, jak Hanka pierwszy raz przyssawała się do piersi. W tym czasie dostałam zupę i herbatę, wzięłam prysznic i musieliśmy opuścić cudowną salę, w której narodziło się nasze dziecko.

Później wyjścia są dwa: albo można opłacić sobie jednoosobową salę poporodową, która jest bardziej luksusowa, albo być w „normalnej” sali. Wybrałam drugą opcję, bo po pierwszym porodzie wiem, że nie chciałabym być sama.Bycie w sali samemu jest wygodne i bardziej komfortowe, ale gdy musisz iść np. do łazienki nikt nie spojrzy na twoje dziecko. Gdy chcesz z kimś pogadać, to też nie masz z kim.

 

Generalnie na samym porodzie magia miejsca się kończy, bo po wyjściu z Domu Narodzin już nie jest tak kolorowo. Podczas swoich dwóch ciąż miałam okazję być w trzech szpitalach: na Inflanckiej, na Solcu i właśnie na Żelaznej. Uważam, że Żelazna jest mocno przereklamowana, zupełnie nie rozumiem dlaczego. Opieka poporodowa pozostawiała wiele do życzenia, warunki w sali w której byłam również. Brak łazienki, salka maleńka, niewygodne stare łóżka, brak podkładów oraz innych przyborów higienicznych. Nie wspominając, że ani razu nikt nie przyszedł, żeby zapytać czy w czymś nie pomóc. Dla porównania np. na Inflanckiej gdzie rodziłam ponad dwa lata wcześniej były luksusowe sale z łazienkami i telewizorami, regularnie zaglądała pani od doradztwa laktacyjnego, panie położne i lekarze. Tutaj nic takiego nie miało miejsca. No chyba, że może ja miałam pecha bo trafiłam na weekend. Jednak jeśli to norma i podchodzą tu do porodów taśmowo tak jak zauważyłam, to bardzo współczuję kobietom, które rodzą w tym szpitalu po raz pierwszy i nie potrafią poradzić sobie np. z karmieniem. Widziałam, że są zdane tylko na siebie. Pani, z którą leżałam w sali dostała biegunki a od położnych usłyszała, że nie mają nic na żołądek (!!!). Także to taka refleksja poza tematem samego porodu.

Wyszliśmy ze szpitala w niedzielę wieczorem, po dwóch dniach od narodzin Hani.
Tak w dużym skrócie wyglądał nasz drugi poród. Mam nadzieję, że choć troszkę Wam przybliżyłam warunki oraz atmosferę która tam panowała. Przepraszam za chaos ale pisałam tego posta na sześć podejść – nie jest to łatwe z dwójką dzieci i odwiedzinami babci.

Jak macie jeszcze jakieś pytania to śmiało piszcie, na wszystkie chętnie odpowiem.

HARMOZIOMKI & POZIOMKI!

Jest nas wszędzie pełno. Jesteśmy tutaj, na Instagramie, Facebook'u i YouTube. Czasem robimy transmisje Live. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u nas, zapisz się do naszego newslettera. Raz w tygodniu dostaniesz od nas najciekawsze informacje ze wszystkich naszych kanałów.

Żółwik, beczka i piąteczka! Zapisałeś się do naszego wypasionego newslettera. Do przeczytania niebawem!

Albo nasze dzieci znów bawiły się naszym serwerem albo Tobie się coś pomyliło :( Spróbuj jeszcze raz!

Leave a Reply

6 komentarzy do "Dom Narodzin"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
aparacia
aparacia

Bardzo fajnie się czytało:) rodziłam w Niemczech w warunkach cudownych… ale dobrze że w kraju też można rodzić “po ludzku”

Kinga Wasilewska
Kinga Wasilewska

Ja na moj porod nadal czekam. Mam nadzieje, ze bedzie tak piekny jak Twoj. Pozdrawiam cieplo, bardzo przyjemny artykul.

Marta Nozderka
Marta Nozderka

Miałam rodzić w Domu Narodzin, ale jak dojechałam na izbę przyjęć (też na luzaka i Panie mi nie wierzyły sa regularne skurcze) to się zamieszałam i poszłam do normalnej sali. W efekcie okazało, się że dobrze, bo KTG było do początku słabe, lekarze na miejscu. Natomiast na poporodowej spędziłam 5 dni (żółtaczka Młodego) i poza brakiem tv to większość mi się podobała, Pani od laktacji była codziennie, położne cudne, łazienka w pokoju.Teraz czekamy na nasz Numer 2 i też będzie to Żelazna.

Agata
Agata

Jakoś kiepsko trafiłaś z tą sala na żelaznej. Ja miałam pokój dwuosobowy z dużą łazienką o bidetem. Wspaniałe położne przychodziły często i pomagały z karmieniem.

VIntageGirl
VIntageGirl

Kochana akurat miałam okazję odbywać praktyki zawodowe (studiuję położnictwo) zarówno na Solcu, jak i na Żelaznej. Chętnie poznam Twoją szczegółową opinię na temat tych placówek. Ściskam cieplutko !
Ps. To bardzo miłe widzieć, że są jeszcze kobietki, które mają tak świadome i co najważniejsze, bezpieczne podejście do porodu <3

Iza

Ja rodziłam przy ul.Inflanckiej 11 lat temu i warunki były tragiczne, wręcz urągające ludzkiej godności. A na patologii był taki syf, że szkoda gadać. Ale właśnie po moim pobycie ponoć był tam duży remont.

wpDiscuz
Nie ma więcej wpisów

HARMOZIOMKI & POZIOMKI!

Jest nas wszędzie pełno. Jesteśmy tutaj, na Instagramie, Facebook'u i YouTube. Czasem robimy transmisje Live. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u nas, zapisz się do naszego newslettera. Raz w tygodniu dostaniesz od nas najciekawsze informacje ze wszystkich naszych kanałów.

Żółwik, beczka i piąteczka! Zapisałeś się do naszego wypasionego newslettera. Do przeczytania niebawem!

Albo nasze dzieci znów bawiły się naszym serwerem albo Tobie się coś pomyliło :( Spróbuj jeszcze raz!

Newsletter - srusletter. Spadówa mi z tym!