Nasza historia miała swój początek 10 września ubiegłego roku, na ślubie naszej dalszej rodziny. Gdy podczas ceremonii w kościele Hela z zafascynowaniem patrzyła na Pannę Młodą, ja z Hanką spacerowałem przed kościołem i starałem się ją uspać. W pewnym momencie podszedł do mnie fotograf i zaczął robić nam zdjęcia. Oto historia poznania niezwykłego człowieka, która swój finał miała 7 miesięcy później, nad Wisłą w Warszawie.

 

WRZESIEŃ 2016

Gdy pan fotograf skończył robić nam zdjęcia przed kościołem, zamieniłem z nim kilka słów na tematy ogólnorodzicielskie. Widziałem w nim fascynację dziećmi – nie dało się zresztą tego nie zauważyć, bo to głównie na Heli i Hani była skupiana uwaga obiektywu. Podczas rozmowy okazało się, że Paweł Andrzejewski  chwilę wcześniej został ojcem córeczki i… nasza rozmowa na tym się skończyła, bo Paweł musiał wracać do pracy a ja do dalszej, nierównej walki z Hanutem.

Na weselu również, jak to zazwyczaj bywa – wiele się dzieje, a my naszą uwagę skupialiśmy na rozbrykanej na parkiecie Heli. Nie mieliśmy za bardzo okazji porozmawiać z fotografem, więc można powiedzieć, że poza kilkoma wymienionymi uśmiechami podczas robienia nam kolejnych zdjęć nasz kontakt z Pawłem się urwał. 

LUTY 2017

Dzień, jakich wiele. Miliony wiadomości, telefonów i maili. Wśród tego chaosu, moją uwagę przykuwa ta jedna (pozwalam ją sobie zacytować w całości):

 

Hej,

piszę bo nie wiedziałem. A wszystko zaczęło się 10 września na ślubie Ani i Konrada… tak mam od zawsze, że na ślubach bardzo lubię fotografować dzieci i osoby starsze, bo są pełne ekspresji, nie krępuje ich facet z aparatem. W tym 2016 roku dzieci dodatkowo przykuwały moją uwagę z racji na córeczkę, która urodziła się 15 kwietnia.

I tak też było na wspomnianym ślubie… Malutka dziewczynka przykuła moją uwagę – Hania (wtedy jeszcze tego nie wiedziałem) a w trakcie wesela świetnie się bawiąca i tańcząca troszkę większa dziewczynka – Helena (tego też wtedy nie wiedziałem), pamiętam nawet że jakieś 2-3 zdania zamieniłem z tatą Hani, gratulując dziecka tuż przed wyjściem Ani i Konrada z kościoła.

Ok… potem był plener, obróbka zdjęć, oddanie materiału… końcówka sezonu ślubnego i urwanie głowy. I jesteśmy mniej więcej tu i teraz. Moja żona Milena od czasu do czasu pokazuje mi co czyta w internecie i między innymi przewinął się kilka razy Wasz Instagram oraz blog – ale troszkę czasu minęło od września w związku z czym nie powiązałem faktów.

Na dniach odświeżałem swoją stronę przygotowując kolejny reportaż na nią i wrzucam zdjęcie zapowiadające na insta… wieczorem pytam Milenę czy widziała, jakie zdjęcie wrzuciłem na Instagram, ona że nie, więc pokazuję:

na co Milena: – To nie twoje zdjęcie
Ja: – A czyje? 
Milena: – Kids & Harmony
Ja: – Co? Czyje? Co ty gadasz?
Milena – No tej rodziny, która ma bloga! Ostatnio Ci pokazywałam…Milena szuka na insta mr__harmony zdjęcia, znajduje podobne. Oooo i stwierdzam: tak to Oni! I jeszcze mam nawet kilka kadrów z nimi…

Tak więc miło było poznać nie znając.

Strasznie mi się miło zrobiło, czytając tą wiadomość, bo po pierwsze u nas jest podobnie – Kafi zawsze mi pokazuje jakieś ciekawe profile, ale wiecie, jak to jest z nami, facetami – tu wpadnie, tam wypadnie. Myślę, że gdyby moja żona pokazywałaby mi ten sam profil co tydzień, to i tak bym się nie zorientował. Ba, nawet bym pochwalił, że super te profile wynajduje…
Po drugie – nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, jak wiele osób nas obserwuje i jaki to ma wpływ na nasze życie. Czasem nie wiemy, czy wnikliwe spojrzenie przechodnia wynika z faktu, że nas kojarzy z sieci, czy po prostu wyglądamy, jak kosmici.
Wracając do maila – trochę ze sobą pokorespondowaliśmy, ale po pewnym czasie znów każdy z nas zajął się swoimi sprawami i nastała cisza na łączach.

MARZEC 2017

Paweł wraca do nas z pytaniem, co byśmy powiedzieli na spotkanie, podczas którego porobiłby nam trochę zdjęć. Bez większego namysłu mówimy zgodnie TAK! Paweł proponuje sesję w lesie. A nas ciągnie do miasta. Proponujemy plażę nad Wisłą i tym oto sposobem, pewnego pięknego weekendowego dnia spotykamy się ponownie. Bardzo nam zaimponował fakt, że nowy wujek wręczył drobne upominki naszym dziewczynom. Piękny sposób na przełamanie lodów. Pstryk!

Zadaję Pawłowi pytanie, dlaczego tak bardzo chciał się z nami spotkać z dala od wielkomiejskiego szumu. Odpowiada, że ludzie czują się skrępowani obecnością innych ludzi i zdjęcia wychodzą nienaturalnie. Pstryk!
Paweł wydaje się być małomówny. Sam z siebie nie zagaduje, a na zadane pytania udziela rzeczowych odpowiedzi, bez zbędnego rozwodzenia się. Trochę nas to zbija z pantałyku, bo facet jedzie 100 kilometrów w jedną stronę, by się z nami spotkać, po czym średnio angażuje się w rozmowę. Przez moment pojawia się w mojej głowie myśl, że być może nie tak sobie to wszystko wyobrażał albo, co gorsza, jesteśmy nudziarzami i nie ma między nami chemii. Bo przecież nie zawsze i z każdym musi być. Stoi sobie taki pan fotograf z boku i tylko trzaska te foty. Pstryk!
 Ale wiecie co? Pomimo małomówności czuliśmy się swobodnie. Wszystko odbywało się na totalnym luzie, przy akompaniamencie pięknego wiosennego słońca. My zajmowaliśmy się sobą a Paweł sobą. I pewnie o to mu chodziło, ale o tym pomyśleliśmy dopiero, jak przeglądaliśmy już gotowe zdjęcia. Pstryk!
Niesamowite w tej całej historii jest to, że po raz kolejny przekonujemy się, że nigdy nie wiemy, kogo spotkamy na swojej drodze. Jak jedno niewinne zdarzenie może mieć wpływ na nasze późniejsze życie. Paweł, z którym kurtuazyjnie zamieniłem kilka zdań na ślubie na zawsze pozostawił odcisk w naszym życiu. Jakże piękny odcisk! Dla nas była to jedna z najfajnieszych sesji, w których braliśmy udział. Nikt nam nie mówił, co i jak mamy robić. Byliśmy sobą, dyskretnie podglądani przez szkło obiektywu. Pstryk!
Jedną z mocnych stron otwierania się przed wami i pokazywnia naszego świata jest możliwość poznawania niesamowitych osób i robienia z nimi fajnych rzeczy. I wiecie co? Gdyby nie fakt, że Paweł mieszka w Poznaniu, na pewno chętnie byśmy się z nim spotykali minimum raz w miesiącu, by dokumentował nasze życie. Taki fajny i małomówny z niego gość. Pstryk!

GALERIA 

HARMOZIOMKI & POZIOMKI!

Jest nas wszędzie pełno. Jesteśmy tutaj, na Instagramie, Facebook'u i YouTube. Czasem robimy transmisje Live. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u nas, zapisz się do naszego newslettera. Raz w tygodniu dostaniesz od nas najciekawsze informacje ze wszystkich naszych kanałów.

Żółwik, beczka i piąteczka! Zapisałeś się do naszego wypasionego newslettera. Do przeczytania niebawem!

Albo nasze dzieci znów bawiły się naszym serwerem albo Tobie się coś pomyliło :( Spróbuj jeszcze raz!

Leave a Reply

3 komentarzy do "WARSZAWSKIE SYRENKI, CZYLI HISTORIA PEWNEJ SESJI NAD WISŁĄ"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Mar_aga

Uwielbiam zdjęcia…ta sesja jest naturalna i prawdziwa jak Wy – takie mam wrazenie. Wreszcie blog dla rodziny, który nie poucza, nie ocenia – jest wiarygodny, prawdziwy w swoim szczęściu i nieporozumieniach. Daje siłę i przypomina kto i dla kogo jest najwaźniejszy. Blog, który mnie cieszy, do którego lubiè zaglądać – daje chwilę refleksji – bo jest napisany z mojej perspektywy. Pozwala wyłączyć się od zgiełku docierajscych zewszaď informacji….cieszyć się z bycia z sobą, z kaźdej chwili – to jest wszystko co potrzebuję..no może nie wsztystko, ale dobry wstęp do historii mojego harmonijnego życia 😉 Serdecznie Was pozdrawiam

trackback

[…] WARSZAWSKIE SYRENKI, CZYLI HISTORIA PEWNEJ SESJI NAD WISŁĄ […]

wpDiscuz
Nie ma więcej wpisów

HARMOZIOMKI & POZIOMKI!

Jest nas wszędzie pełno. Jesteśmy tutaj, na Instagramie, Facebook'u i YouTube. Czasem robimy transmisje Live. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u nas, zapisz się do naszego newslettera. Raz w tygodniu dostaniesz od nas najciekawsze informacje ze wszystkich naszych kanałów.

Żółwik, beczka i piąteczka! Zapisałeś się do naszego wypasionego newslettera. Do przeczytania niebawem!

Albo nasze dzieci znów bawiły się naszym serwerem albo Tobie się coś pomyliło :( Spróbuj jeszcze raz!

Newsletter - srusletter. Spadówa mi z tym!