Ile energii kosztuje zmiana dostawcy energii? Moja historia z fakturą na 12.000 zł!

Przenieśmy się w czasie o mniej więcej 10 lat. Jest piękny sierpniowy dzień. Nie mam jeszcze dwóch cudownie słodkich córek. Nie budzę się koło Kafi, wdychając piękny zapach jej włosów o poranku. Ale też jestem szczęśliwy. Wróciłem właśnie z małej DJ’skiej trasy po Grecji i Francji. Opalony, pełen inspiracji i energii, gotowy na kolejne projekty muzyczne w moim małym, domowym studio. Wciągam późne śniadanie, później rzucam okiem na stertę makulatury, którą dzień wcześniej wyciągnąłem ze skrzynki na listy. Reklama, reklama, pismo z ZAiKS’u, reklama, rachunek za prąd. Otwieram kopertę z rachunkiem, a w środku faktura na… 12.000 (dwanaście tysięcy!) złotych.

Część 1: Zaprzeczenie

Patrzę na ten mały kawałek kartki z niedowierzaniem. To błąd. To musi być błąd – staram sam siebie uspokoić, chociaż nie wychodzi mi to zbyt dobrze. Loguję się na swoje konto mojego dostawcy energii elektrycznej i sprawdzam: według wykresu w czerwcu i lipcu zużyłem 20.000 kWh! Dwadzieścia tysięcy kilowatogodzin. Mój skołowany mózg rozpaczliwie próbuje znaleźć jakieś wytłumaczenie, ale że nie jest za dobry w rozkminianie zawiłych form rozliczeń mojego dostawcy energii, postanawiam zadzwonić na Biuro Obsługi Klienta. Staram się spokojnie wszystko wyjaśnić i liczę, że ktoś po drugiej stronie słuchawki powie:

– O rety! Ma pan rację! Wkradł się “mały” błąd i już go naprawiamy.

Niestety, nic takiego się nie dzieje. Zamiast pocieszenia zostaję jedynie pouczony, że jeżeli nie zgadzam się z rozliczeniem wskazań licznika, mogę złożyć reklamację i oddać urządzenie pomiarowe do testów laboratoryjnych.

– Oczywiście, że chcę do jasnej cholery złożyć reklamację i oddać moje urządzenie pomiarowe do testów laboratoryjnych! – warknąłem do słuchawki.

– Zgłoszenie przyjęte. Technicy przyjadą w terminie do 7 dni roboczych – powiedział niewzruszony głos po drugiej stronie słuchawki, po czym dodał słodko – czy jest coś, w czym mogę jeszcze panu pomóc?

W kolejce do wyartykułowania czekało około dwudziestu tysięcy inwektyw, po jednej na każdą rzekomo zużytą przeze mnie kilowatogodzinę, ale stwierdziłem, że nie będę się kopał z elektrycznym koniem. Postanowiłem zadzwonić do mojego ojca, który z racji tego, że większość życia przepracował jako elektryk na kopalni, powinien być bardziej kompetentny ode mnie i najprawdopodobniej od osoby, z którą rozmawiałem przez ostatnich 10 minut.

– Ile??? Wykrzyknął tata do słuchawki. A później dodał: – Człowieku! Coś ty podłączał?

– No właśnie nic. Ostatni miesiąc mnie nie było w domu, a wcześniej też non stop w rozjazdach. Biorąc pod uwagę fakt, że z Indii wróciłem w marcu i przez 3 miesiące mieszkanie stało puste, można powiedzieć, że przez ostatnich sześć miesięcy łącznie byłem może przez 2 miesiące w domu.

– A może ktoś ci się najzwyczajniej w świecie podłączył do twojej instalacji? – próbował pomóc tata.

– Nawet jeśli faktycznie tak było, to raczej teraz do tego nie dojdę – odpowiedziałem zrezygnowany. 

Część 2: Gniew

Później przeliczyliśmy z ojcem wszystkie urządzenia, które miałem w domu.  Okazało się, że gdybym miał wszystko, co tylko możliwe załączone w domu 24 godziny na dobę przez 7 dni w tygodniu i 365 dni w roku, to nie zużyłbym nawet ⅓  z tych rzekomo zużytych przeze mnie 20.000 kWh. Pokrzepiony tą informacją musiałem postarać się wrócić do jako takiego funkcjonowania i czekać na wynik badania laboratoryjnego mojego urządzenia.

Niestety, według panów w białych kitlach, mój licznik działał prawidłowo. Nie znam się za bardzo na metodologii badań liczników analogowych, ale wierzyłem, że po prostu w pewnym momencie licznik przeskoczył o nie tą wartość co trzeba w wyniku niesprawnej zębatki, czy czegoś w ten deseń a tu jak na złość okazało się, że według speców mojego ówczesnego operatora wszystko działało, jak należy. Gdy byłem już totalnie załamany, ktoś polecił mi złożyć skargę do Urzędu Regulacji Energetyki. Niewiele się zastanawiając i mając równie niewiele do stracenia i jakże wiele do zyskania, w tempie ekspresowym wysmarowałem pismo do URE i po raz kolejny uzbroiłem się w cierpliwość.

Jeżeli, drogi czytelniku śledzisz ten tekst z równie zapartym tchem, z jakim ja czekałem na odpowiedź z Urzędu Regulacji Energetyki i liczysz na hollywoodzki happy end, to niestety, ale muszę Cię rozczarować. URE nie podważył działań mojego dostawcy energii i przychylił się do zasadności wystawienia tak astronomicznie wysokiej faktury.

Część 3: Negocjacje

Wiecie, co w tym wszystkim było najgorsze? Że niezależnie od tego, czego bym nie zrobił i jakiej drogi wyjaśniania sprawy bym nie wybrał, to i tak byłem zmuszony pozbyć się 12.000 złotych. W przeciwnym razie, operator bez żadnych skrupułów odciąłby mi prąd i skończyłbym, jak jaskiniowiec. Postanowiłem zatem zrobić to, co zrobiłby każdy z was na moim miejscu. Trzeba było jakoś zminimalizować olbrzymie obciążenie dla mojego budżetu domowego, zadzwoniłem więc po raz kolejny do Biura Obsługi Klienta, tym razem w celu dogadania się i rozłożenia należności na raty. W tym samym czasie obmyśliłbym strategię, co do dalszych działań. Pomny poprzednich doświadczeń z pracownikami BOK nie spodziewałem się ani krzty zrozumienia czy pierwiastka współczucia wobec mojej sytuacji rodem z Monty Pythona.

I wiecie co? Miałem cholerną rację. Nie dość, że wszyscy, z którymi rozmawiałem mieli to w nosie, to jeszcze dobijając mnie stwierdzili, że w tym przypadku nie ma opcji rozłożenia mojej płatności na raty. Czujecie klimat? Najpierw dostaję z elektrycznego plaskacza w pysk, a gdy już leżę znokautowany na ziemi, podchodzi gość i spuszcza na mnie imadło. Na chwilę powróciłem do fazy gniewu i  dość poważnie rozważałem wypad do siedziby mojego operatora z bombą, by wysadzić to wszystko w jasną cholerę. 

Jedyną opcją, którą udało mi się z nimi załatwić, były zmniejszenie kolejnych faktur zaliczkowych do kwoty, którą płaciłem przed całym zdarzeniem, czyli do około 180 zł na dwa miesiące. Wyprzedzając Waszą ciekawość – kwota, która widniała na nowych fakturach oscylowała wokół 2000 zł. Wynikało to nie jednak z ich dobrej woli ale z faktu, że jako klient mogłem zadeklarować zużycie prądu, które później było korygowane według faktycznych wskazań licznika.

Część 4: Depresja

Nie macie pojęcia, jak bardzo nienawidziłem mojego dostawcy. Nienawidziłem go tak bardzo, że w ramach mojej prywatnej wendety postanowiłem sobie, że postaram się zminimalizować moje zużycie energii tak, by ten lokalny monopolista zarabiał na mnie jak najmniej. Na pierwszy ogień poszły wszystkie żarówki halogenowe, które zamieniłem na ledowe. Wyłączałem również wszystko, co działało na tak zwanym stand by’u. Wiem, jak bardzo śmiesznie może to teraz wyglądać, ale wierzcie mi – wtedy była to jedyna akcja odwetowa, na jaką mogłem sobie pozwolić. Oczywiście moje działania w dłuższej perspektywie miały pozytywny wpływ na moje rachunki, ale umówmy się – moich straconych 12.000 złotych na potencjalnych oszczędnościach energii elektrycznej już raczej nie odzyskam.

Z perspektywy czasu mogę się jedynie cieszyć z faktu, że cała ta kuriozalna sytuacja miała miejsce, zanim w moim życiu pojawiły się dzieci. Bo jednak zupełnie inaczej wygląda wydanie 12.000 złotych i zaciśnięcie pasa, gdy mieszka się samemu, niż w przypadku, gdy mamy zupełnie inne zobowiązania finansowe i wydatki związane z funkcjonowaniem pełnoprawnej rodziny.

Moją depresję pogłębiał również fakt, że w momencie, gdy wymieniałem żarówki na LED’owe, ich technika produkcji nie była tak zaawansowana, jak jest dzisiaj i światło, które dawały moje nowe żarówki nie miały nic wspólnego z ciepłym światłem, które miałem do tej pory. Przełożyło się to na to, że bardzo rzadko przesiadywałem wieczorami w domu a jeśli już musiałem, to starałem się nie korzystać z głównego oświetlenia. Z drugiej strony nie chciałem wracać do starego rozwiązania, bo ostatecznie chodziło o walkę w słusznej sprawie.   

Część 5: Akceptacja, ale czy na pewno?

Lata mijały a ja raz na jakiś czas sprawdzałem, czy pojawiły się wśród dostawców energii elektrycznej jakieś alternatywy. Najbardziej zależało mi na smart – liczniku, który na bieżąco przesyłałby zużycie energii do operatora. Drugą opcją, która najbardziej była przeze mnie wyszukiwana, była możliwość rozliczania się w cyklu miesięcznym i to bez kosmicznych dopłat z tego tytułu. Niestety, nic takiego nie znalazłem i ostatecznie dałem sobie spokój. Przynajmniej na parę lat. W międzyczasie w moim życiu pojawiła się Kafi, później urodziły się moje dzieci, dorobiłem się kota i wiecie co? Za każdym razem, gdy przychodziły nowe rachunki za energię elektryczną, nogi uginały się pode mną w obawie, że sytuacja znowu się powtórzy. Miałem dosyć tej traumy i któregoś pięknego dnia stwierdziłem, że najlepszym rozwiązaniem będzie po prostu… zmiana operatora. Wiedziałem oczywiście, że analogiczna sytuacja może się zdarzyć ponownie, niezależnie od dostawcy energii elektrycznej, ale chyba traktowałem to bardziej jako swoistego rodzaju oczyszczenie, bo to trochę było tak, jak w związku: jak już raz stracicie zaufanie do drugiej osoby, to ciężko jest je później z powrotem odbudować. 

Na razie jestem na etapie przeglądania dostępny ofert na rynku, ale póki co moim faworytem jest Po Prostu Energia, głównie ze względu na ciekawą ofertę dla rodzin. Bardzo pomocnym w podjęciu decyzji może być kalkulator, który jest dostępny na stronie. Po wprowadzeniu niezbędnych danych odnośnie Waszego aktualnego zużycia, stawki za kWh oraz opłaty miesięcznej będziecie w stanie ocenić, czy zmiana sprzedawcy energii elektrycznej będzie dla Was opłacalna, czy nie. Ale sama stawka to jedno. Drugim bardzo ważnym aspektem, który brałem pod uwagę była stała stawka podczas całego okresu trwania umowy. Tutaj “Po Prostu Energia” staje na wysokości zadania i stała stawka jest gwarantowana w umowie. Oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że jeżeli z jakichś względów nagle cena energii elektrycznej podskoczy do góry, my możemy spać spokojnie i cieszyć się niską stawką za zużycie energii.

Sprzedawca na swojej stronie oferuje 3 zróżnicowane oferty i każdy znajdzie najodpowiedniejszą dla siebie. Ja jednak zwróciłem uwagę na ostatnią z nich, przygotowaną specjalnie dla rodzin. Oferta “Rodzina Plus 500”, poza niezbyt ciekawą dla mnie nazwą (cały program 500+ kojarzy mi się negatywnie, ale nie będę tu teraz się rozwodził na ten temat) oferuje całkiem spory pakiet benefitów. Poza wspomnianą już wcześniej gwarancją stałej ceny za każdą zużytą kWh przez cały okres trwania umowy, “Rodzina Plus 500” oferuje również do każdej umowy podpisanej na 12 miesięcy 500 kWh prądu gratis. Jeżeli nic Wam to nie mówi, to zamieniając kWh na złotówki, otrzymujemy za darmo energię o wartości 220 złotych. Co można zrobić z zaoszczędzonymi w ten sposób pieniędzmi? To już pozostawiam Waszej kreatywności, ale mi na dzień dobry na myśl przychodzi co najmniej tuzin rzeczy, z których moje dziewczyny ucieszyłyby się na maksa. Sam proces zmiany sprzedawcy energii elektrycznej również wygląda na bardzo prosty i w praktyce sprowadza się do kilku prostych kroków: po wypełnieniu wniosku on-line, przygotowywana jest indywidualna oferta, która jest dostosowana do aktualnych potrzeb rodziny. Po zaakceptowaniu warunków umowy i wypełnieniu pełnomocnictwa, następuje proces zmiany sprzedawcy energii elektrycznej, po zakończeniu której otrzymujemy maila informującego o zakończeniu procesu i… to tyle. Nic więcej nie musimy robić.

Nie ukrywam, że oferta “Rodzina 500 Plus” jest dla mnie strasznie kusząca, szczególnie, że może ona być katalizatorem kolejnych zmian w naszym domu, które w dłuższej perspektywie przyczynią się do kolejnych oszczędności. Od dłuższego czasu przyglądam się bowiem rozwiązaniom z zakresu “smart home” – zaczynając od żarówek (zdalne sterowanie temperaturą i natężeniem światła), poprzez czujniki detekcji ruchu (mieszkamy na parterze i dobrze by było wiedzieć, gdyby ktoś pod naszą nieobecność próbował sprawdzić, co chowamy w szufladach), na gniazdkach kończąc. Chciałbym móc sterować wszystkimi elektrycznymi urządzeniami w domu z poziomu aplikacji na telefonie, nie tylko ze względu na wspomniane wcześniej oszczędności, ale również dla wygody. Dzięki takiemu rozwiązaniu będę mógł zdalnie wyłączyć ogrzewanie podłogowe w całym mieszkaniu lub wyłączyć lampkę nocną, gdy Helut i Hanut będą już słodko spały, bez konieczności odwiedzania ich pokoju. W połączeniu z dodatkowymi urządzeniami, jak na przykład smart – termostatem podłączanym do centralnego ogrzewania, będę w stanie zdalnie zmienić temperaturę w naszym mieszkaniu. Tym samym wracając całą rodziną z weekendowego wypadu do Baczek, jednym kliknięciem sprawię, że przywita nas przytulne i ciepłe mieszkanie.

Zarówno chęć zmiany dostawcy usług energii elektrycznej oraz zainwestowanie w rozwiązania typu “smart – home” to nie tylko moje geekowskie zachcianki. To również idealna okazja, by pokazać moim dzieciom, jak ważne jest dbanie o naturalne zasoby naszej planety. Często rozmawiam z nimi o zużywaniu wody i myślę, że to dobry moment na to, aby zacząć rozmawiać z nimi również o świadomym zużywaniu energii elektrycznej.

O autorze
Martin Harmony
DJ, producent, kosmita, wielki fan squasha, miłośnik pończoch i undergroundowych brzmień.
avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o

Trochę się zastanawiam czy to aby bezpieczne? Czy to dobre rozwiązanie? Piszesz, że masz ochotę wszystkim sterować z poziomu smartfona – wyobraź sobie teraz hipotetyczną sytuację, kiedy system Ci nawali – będziesz więźniem własnego domu? Dziecko zaleje smartfona i on, razem z oprogramowaniem zwariuje. Jeżeli temat Cię interesuje to zobacz film o inteligentnym domu w Polsce. https://youtu.be/5JiOBsz6jvw
Mnie bardzo ten temat interesuje, natomiast obawiam się kosztów inwestycji i możliwych problemów czy zhakowania programu (bo jeżeli ktoś jest w stanie wejść na stronę rządową to włamanie na serwer Twojego domu to pestka). Co myślisz? Jestem ciekawa Twojego zdania.

Wydaje się, że to dosyć ciekawa propozycja 🙂 Wydaje mi się również, że niewiele osób podchodzi do tego w taki sposób (to a propos inteligentnego domu i zabezpieczeń) – zdecydowanie warto to przemyśleć, chociaż mam wrażenie, że na pewno istnieją jakieś zabezpieczenia w przypadku awarii smartfona