kurtka zimowa wellensteyn

Zimowa historia z morałem i z zimowymi kurtkami w tle

Zima. Jak ona mnie zawsze bezczelnie wkurzała. Tą swoją skisłą szaro-burością, brudną breją na ulicach i środkiem nocy o 17.00. No i zimnem. Bo co by nie mówić, to zimowa zimność była zawsze moim największy wrogiem. I to nie takim wyimaginowanym, żeby tylko sobie usprawiedliwić tą moją niepohamowaną niechęć do zimy. O nie! W moim przypadku wrogość do zimna wiąże się bezpośrednio z moim wnętrzem.

Bo widzicie – wnętrze każdego faceta po czterdziestce powinno być wypełnione specjalną otuliną. Kaczki na ten przykład mają puch. Faceci też mają taki puch, ale z racji, że ta nazwa jest zarejestrowanym znakiem towarowym kaczek, to u nas puch nazywa się tłuszczem. I każdy facet po czterdziestce go ma. Poza, jak się już pewnie domyślacie – mną. Skubaniutkiemu tłuszczykowi nigdy nie było po drodze ze mną. Jakoś się nigdy nie złożyło i się nie zaprzyjaźniliśmy. A próbowałem. Naprawdę próbowałem.

Można zatem przyjąć, że moja biologiczna izolacja termiczna nie istnieje. I właśnie dlatego muszę spędzać zimę w ciepłych krajach. Dla mnie to nie fanaberia. To walka o przetrwanie. W tą walkę udało mi się również zaangażować moją żonę, która stała się wielce oddanym wojownikiem o słońce i 30 stopni w zimie. Niestety – nasza ostatnia wygrana walka miała miejsce 4 lata temu. Od tego czasu albo rozwój biznesu albo ZUS, z którym do tej pory się sądzimy skutecznie blokowały nasze zimowe wyjazdy.

My się zimy nie boimy!

Jak sprawdzić, czy jesteś ciepło ubrany? Normalnie. Wchodzisz do kiosku z zimą i wiesz.

W tym roku postanowiliśmy przechytrzyć zimę po całości i… wyjechać? Cóż – nie do końca, chociaż o naszym zimowym wyjeździe napiszę więcej za chwilę. A tymczasem… Zadbaliśmy o nasz komfort termiczny i w naszej szafie pojawiły się mercedesy wśród kurtek, czyli modele ze stajni Wellensteyn. Porównanie do Mercedesa wcale nie jest przypadkowe, bo poza tym, że obie firmy pochodzą z Niemiec, to obydwie je łączy jakość wykończenia i dbałość o detale. Wellensteyn został założony ponad 60 lat temu przez Adolfa Wuttke, który na początku swojej działalności szył ubrania dla przemysłu stoczniowego. Dziś Wellensteyn produkuje jedne z najlepszych kurtek zimowych na świecie a o ich funkcjonalności i trwałości krążą legendy. A my, pierwsze zmarzluchy RP, sprawdzamy, czy te kurtki są faktycznie tak dobre, jak o nich mówią.

Test przeprowadziliśmy w naturalnym środowisku Wellensteyn, czyli blisko wody. I niech Was nie zwiodą piękne słoneczne zdjęcia. Było zimno, wilgotno a na domiar złego wiał bardzo nieprzyjemny wiatr.  Na szczęście kurtki spisały się na medal. Komfort noszenia (poza ciężarem, bo kurtki swoje ważą) okazał się być niesamowity. Żeby Wam bardziej zobrazować, co mam na myśli, mówiąc “niesamowity”, wyobraźcie sobie taką sytuację: – za oknem pizga złem. Bardziej to czujecie, niż widzicie, bo szyby są upstrzone pięknymi wzorkami szronu. Słyszycie wyjący wiatr za oknem ale macie to głęboko w nosie, ponieważ siedzicie na wygodnej kanapie, pod ciepłym kocem z pyszną herbatą w ręce. Na Waszych twarzach odbijają się płomienie tańczące w kominku. Czujecie ciepłą błogość.

I tak to mniej więcej wygląda, gdy macie założone kurtki Wellensteyn. Macie wszystko w nosie, bo jesteście otuleni kokonem ciepła i zajebistości. Bo być ciepło ubranym to jedno. Ale być ciepło i stylowo ubranym, to już wyzwanie nie lada. Jest jeszcze jeden bardzo ważny element, który świadczy o produkcie – funkcjonalność. I tu Wellensteyn nie zawodzi i strzela zimie hattricka. Nasze kurtki posiadają pierdyliard (czytaj: dziesięć) kieszeni, w których pomieścisz wszystko, czego akurat potrzebujesz. Oczywiście każdy kij ma dwa końce i w moim przypadku oznacza to tyle, że trochę czasu zajmuje mi odnalezienie kluczy do auta, bo nigdy nie pamiętam, do której kieszeni je włożyłem. Dodatkowo, dla wszystkich fanów serialu “Gry o Tron” producent chyba puścił oczko, ponieważ mój kaptur mogę rozpiąć w połowie, dzięki czemu uzyskuję piękny kołnierz à la Jon Snow. Pozostaje mi tylko zapuścić włosy i nakręcić na wałek. A jak już wrócę do domu po walce z białymi jeźdźcami, kurtkę wrzucę do pralki na 30 stopni i na drugi dzień będzie jak nowa. Pięknie to sobie w tym Wellensteynie wymyślili. 

Śmieję się zimie w twarz…

Zimowy chytroplan

Tak zaopatrzeni na zimę zaczęliśmy się zastanawiać, czy jest jeszcze sens uciekać do ciepłych krajów. I pewnie byśmy odpuścili, gdy pewnego dnia do naszych mózgów zapukał rodzicielski obowiązek i przekazał, że zostały nam już tylko dwa lata na pokazywanie świata naszym dziewczynom, zanim nasz starszak pójdzie do szkoły. I tym oto sposobem stwierdziliśmy, że koniecznie musimy w tym roku wyjechać.

I teraz, mając już nakreślone całe tło, przejdźmy do najważniejszej części wpisu. Jest (chyba) środek tygodnia, na pewno godziny wieczorne, bo siedzimy wszyscy przy stole i jemy kolację. Razem z Kafi jaramy się, jak dzikie rexy, bo za chwilę powiemy dziewczynkom, jacy to jesteśmy wspaniałomyślni, jacy zajebiści i w ogóle, i jak je zabieramy do ciepłych krajów na zimę. Jako głowa rodziny szerzę piękną nowinę:

– Hela, Hania! A gdybyśmy tak polecieli do ciepłych krajów na zimę?
– Nie! – gasi mnie, jak mroźny zimowy wiatr Helut.
– Jak to nie? To znaczy, dlaczego nie? – podpytuję zaciekawiony. Później następuje mała powtarzalność, bo po każdym -“Bo nie” staram się podejść Helę z różnych stron. Ostatecznie mówi:
– Nie chcę jechać, bo chcę jeździć na sankach, budować bałwany i czekać na świętego mikołaja!
– Ale, ale… – staram się wspiąć na negocjacyjne wyżyny – nie masz żadnej pewności, że śnieg spadnie tej zimy. W zeszłym roku nie mogliśmy jeździć na sankach!
– Śnieg spadł a my jeździliśmy!
– Dwa dni kochanie! Jeździliśmy tylko przez dwa dni!
– Ale jeździliśmy – ucina Hela.

Widząc, że jestem w narożniku, Kafi przychodzi mi z pomocą:

– Ale kochanie! – mówi swoim najsłodszym tonem – przecież Mikołaj odwiedza każdy zakątek na świecie i wcale nie musisz być w Polsce, żeby od niego dostać prezent. Przecież, jak byliśmy w Indiach, to też Cię odwiedził, pamiętasz?
– Nie! – ucięła stanowczo i tak bardzo po dorosłemu Helena.
– Ale co nie? Nie pamiętasz, czy nie chcesz jechać?
– Nie pamiętam i nie chcę jechać.

Zostaliśmy znokautowani przez własne dzieci, bo wiadomix, że jak jedna ma jakieś zdanie na dany temat, to druga ma zawsze takie samo. Ot, siostrunie się znalazły. Zostaliśmy więc znokautowani i chociaż wtedy o tym wiedzieliśmy, nic sobie z tego nie robiliśmy, bo nie będą nam dzieci przecież zimy ustawiać. Siłą je weźmiem!

Klasycznie, Kafi pierwsza zaczęła się nad tą całą sytuacją zastanawiać, bo ona i te jej rozkminy to zawsze muszą namieszać w rzeczywistości. Któregoś wieczoru zaczyna więc z “wysokiego C”:

– Wiesz Miniur – mówi z tą swoją powagą, a ja już wiem, że mogę zapomnieć o partyjce z ziomkami w Fifę, bo to będzie długa pogawędka – tak sobie myślałam nad tą sytuacją z naszym wyjazdem i reakcją dziewczyn.
– Mhm… – miałem nadzieję, że moje “mhm” zawierało właściwy pierwiastek zainteresowania.
– Bo czy to nie jest tak, że staliśmy się tymi rodzicami, którymi nigdy nie chcieliśmy zostać?
– To znaczy jakimi? – dorzuciłem trochę więcej zainteresowania do pytania.
– Takimi niespełnionymi, którzy zmuszają dzieci do swoich własnych, niezrealizowanych celów.

Chciałem powiedzieć, że “co Ty mówisz kochanie?” i, że: “przecież podróże kształcą” i inne podobne frazesy, ale było już za późno. Bomba z opóźnionym zapłonem została podłożona. Kafi dokonała incepcji i kwestią czasu było, jak zacznę rozkminiać ten temat przez jej pryzmat i ostatecznie w większym lub mniejszym stopniu przyznam jej rację. Niestety, później zrobiło się jeszcze gorzej, bo zdałem sobie sprawę, że Boże Narodzenie to jest najlepszy czas na budowanie rodzinnych więzi i pokazanie dzieciakom, co tak naprawdę jest ważne. I być może teraz tego nie zrozumieją, bo dla nich najważniejszy jest pan w czerwonym kitlu z workiem prezentów, choinka i cała ta świąteczna otoczka, ale ostatecznie to, co teraz zasiejemy, to później będziemy zbierać. Więc może siedzenie na plaży w wigilijny wieczór jest fajne dla nas, rodziców tęskniących za słońcem a niekoniecznie takie fajne dla naszych dzieci?

Dziewczynom też jest bardzo ciepło, za sprawą mega turbanów Looks by Luks, zimowych kurtkek z KappAhl i przesłodkim wodoodpornym butom Emu, które świecą w ciemności.

A tymczasem na Instagramie…

Zadałem niedawno pytanie:

https://www.instagram.com/p/BqLHqK5Fl35/

I wśród wielu, wielu odpowiedzi na to, czy lubicie listopad, jedna zapadła mi szczególnie w pamięć:

“… Latem człowiek ciągle gdzieś goni, bo widno, bo piękna pogoda i nawet czasu nie ma zebrać myśli i poczytać gazetę, książkę, więc ten czas teraz jest baaaaaardzo przyjemny”.

Przeczytałem ją Kafi i zaczęliśmy dyskutować, że faktycznie jest w tym sporo prawdy. W lato zawsze mamy inne aktywności, jesteśmy większość czasu poza domem, jeździmy na rowerach, rolkach, szalejemy po placach zabaw i nad wodą. I spędzając zimę w ciepłym kraju na pewno odebralibyśmy sobie i dzieciom cząstkę tego fajnego, wspólnego czasu pod kocem, gdy możemy bardziej bezkarnie oglądać filmy, nadrabiać zaległości czytelnicze i robić te wszystkie zimowe rzeczy, których nigdy byśmy nie zrobili, wyjeżdżając na drugi koniec świata. I im dłużej nad tym myślimy, tym bardziej jesteśmy przekonani, że zostaniemy jeszcze chwilkę na zimę w Polsce. W końcu wszyscy jesteśmy już na nią dobrze przygotowani.

 

O autorze
Martin Harmony
DJ, producent, kosmita, wielki fan squasha, miłośnik pończoch i undergroundowych brzmień.
avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marta W.

Mój mąż ma taką kurtkę i jest zachwycony. A ja jestem zachwycona Twoim lekkim piórem Martin. Dobra robota! 🙂

Gabi

Myślę, że zima może być piękna. Wystarczy się tylko pozytywnie nastroić a reszta tak naprawdę nie ma już większego znaczenia. No i tak, jak piszesz – nasze polskie święta mają swój niepodrabialny urok, którego nie doświadczy się na drugim końcu świata. Fajnie, że macie takie podejście i szanujecie zdanie swoich dzieci. Kiedyś będą Wam za to wdzięczne.

Owszem zgadzam się, w Polsce czas świateczny i noworoczny jest mocno celebrowany. Raz spędziłam święta na południu Europy. Nie to samo. Na dodatek rozczarowała mnie noc sylwestrowa. W niedużym co prawda, ale w mieście o północy cisza. Tylko zegar na wieży odzywał się głośno. Prawie nikogo na ulicy.

Margolcia

Pięknie się na was patrzy! Kurtki też piękne, ale kurcze… te ceny!!!

Agata

Boziu, jakie te buty dziewczynek są słodkie! Sama bym takie chciała <3

Iza

O matko, ale te ceny!!! No i pamiętam jak, chyba w ubiegłym roku, kupowaliście jakieś kurtki puchowe szyte pod konkretne zamówienia, więc trochę Was te kurtałki kosztują 😉