Walentynki – sralentynki. Kochajmy się cały rok!

Walentynki tuż – tuż, a jak wiadomo jest to czas naszego wzmożonego wysiłku emocjonalnego względem partnera. Dużo osób myśli, że w Walentynkach chodzi o to, by sobie przypomnieć, jak to jest być zakochanym. Z tym, że niekoniecznie, bo czy w jeden dzień jesteśmy w stanie nadrobić zaległości z tytułu całego roku opierdalania się względem naszego partnera? Czy wydanie kilkuset złotych na upominek, kolację, kino lub cokolwiek innego, co wydaje się być dobrym pomysłem na rozgrzeszenie się z bycia partnerskim gekonem ma sens?

 

Z Walentynkami jest trochę tak, jak z nauką w szkole. Jeśli uczysz się pilnie, to pod koniec roku masz już totalny luz i możesz celebrować swoją wypracowaną uczniowską pozycję. Jeśli z różnych powodów przez cały semestr miałeś w dupie naukę, to spięcie pośladów na ostatniej prostej w niczym ci nie pomoże. Co najwyżej wyjdziesz miernie, głównie dlatego, że więcej kłopotu sprawiłoby zostawienie cię na drugi rok w tej samej klasie.

Jeśli nie załapałeś paraleli z nauką, to znaczy, że ten tekst nie jest dla ciebie i możesz wrócić do grania w gry. Czy co tam robisz…

A tymczasem my… Uchodzimy w sieci za małżeński wzór. Że normalnie jesteśmy tacy zakochani i drugiej takiej miłości, to ze świecą szukać. Może i jesteśmy, ale wiecie co? Samo się to nie zrobiło. Nikt u góry nie pomyślał o nas: “nie, no – fajni są… No to dobra, pieprzyć to, niech znają moją łaskę i mają tą miłość za darmoszkę w pakiecie”.

Z drugiej strony niby tak fajnie się na nas patrzy, ale umówmy się – nasi kryptohejterzy tylko czekają, aż nam się łapa podwinie i cały ten nasz zafajdany fiołkami świat pełen harmonii obróci się w gruz.

Ale ja dziś nie o tym.

Dziś opowiem wam, jak wygląda nasza codzienna pielęgnacja naszego związku. Jak to się dzieje, że pomimo dwójki dzieci i statystycznych problemów na głowie cały czas gramy w jednej drużynie i ani nam w głowie transfer do innego klubu.

Słuchamy się nawzajem

Niby banał, ale jakże ważny. Nie ma bowiem nic bardziej podcinającego skrzydła, niż totalne zlanie przez partnera informacji o tym, co dla ciebie jest mega ważne. Niezależnie, czy sprawa dotyczy twojej pasji, tego, co dziś zrobiłeś, nowego pomysłu lub tego, co ci się dziś przytrafiło. I nie –  bierne słuchanie nie wystarczy. Chodzi o interakcję, dialog, dyskusję. Bez okazywania zainteresowania możesz bardzo szybko się przekonać, że na świecie istnieje wiele osób, dla których to, co robi twój partner jest co najmniej intrygujące.

To zresztą ma bezpośredni związek z byciem nie tylko partnerem, ale również przyjacielem. Może niekoniecznie tym najlepszym (chociaż dlaczego nie), ale tym, przed którym można się otworzyć i opowiedzieć o swoich smutkach i rozterkach.

Komplementy

Gdy Kafi strzela w moją stronę rano komplementem, to możecie mi wierzyć lub nie, ale wychodzę z domu, czując się, jak młody bóg. Od razu dostaję +10 do pewności siebie, którą rozsiewam wokół siebie przez resztę dnia. I założę się z każdym o wszystkie moje płyty winylowe, że pani siedząca naprzeciwko mnie w metrze czuje moją pewność siebie, zasianą rano przez żonę. A skoro incepcja działa na mnie, gruboskórnego (co do zasady) faceta, to pomyślcie, jak działa na kobiety.

U nas komplementowanie jest na porządku dziennym. Komplementowanie jest tak głęboko zakorzenione w DNA naszej rodziny, że kilka razy w tygodniu słyszymy od siebie nawzajem miłe rzeczy. Tak na marginesie – Helut podłapał od nas temat i teraz sypie komplementami w naszą stronę, niczym śnieg w srogą zimę z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Ale, ale… Nie myślcie sobie teraz, że w naszym domu sramy tęczą. Tak się nie dzieje z dwóch powodów. Po pierwsze, jeśli codziennie będziesz wpierdalał jajecznicę, to po tygodniu na sam widok jajek będziesz dostawał skrętu kiszek. Po drugie – pozwólcie, że pozostanę w jajecznej nomenklaturze – jeśli robisz jajko sadzone a żółtko rozleje ci się na całej patelni, to nie wmawiaj sobie, że zrobiłeś dzieło sztuki. Mówiąc wprost – komplementy są fajne wtedy, gdy są zasadne i przekonywujące.

I wiecie co?

Czasem komplement wcale nie musi być werbalny – wystarczy mój wzrok zachwytu utkwiony ciut dłużej, niż zazwyczaj na seksownej części ciała mojej żony a uzyskam efekt taki sam, jak przy użyciu wysublimowanych słów.

Przestrzeń

Nigdy nie mogłem zrozumieć wzajemnego ograniczania się i zaborczości w związku. Pytania z cyklu “czy mąż/ żona puści cię na imprezę?” są dla mnie conajmniej dziwne. Chcemy gdzieś pójść, coś zrobić – po prostu o tym komunikujemy. Ale, co ważne – nigdy nie nadużywamy tej wolności, głównie dlatego, że dobrze czujemy się ze sobą i nie traktujemy wyjścia na miasto, jak ucieczki od domowego pierdolnika. Nigdy również nie zdażyło nam się sprawić, by druga połówka musiała się za nas wstydzić.

Zasadniczo jest tak, że musimy się wzajemnie wypychać z domu. Nie wiem, czy jest to kwestia wychowania, czy empatii, która nie pozwala nam zostawić siebie nawzajem w momencie, gdy w domu jest totalny armagedon albo mamy na głowie pierdyliard projektów, które trzeba dokończyć w weekend.

Ale przestrzeń to nie tylko wyjścia “na miasto”. To również bycie razem w momencie, gdy każde z nas oddaje się swoim zainteresowaniom. Uwielbiam dobre kino S-F, z którymi Kafi średnio ma po drodze. Gdy ja oglądam Star Trek’a, Kafi nadrabia swoje zaległości czytelnicze. 

Kwiaty

Kwiaty robią robotę. Nie tylko w walentynki, czy w dniu kobiet. Zawsze. Kwiaty podarowane raz – dwa razy w miesiącu sprawiają, że kobieta kwitnie. Bo okazuje się, że kobiety są połączone z kwiatami jakąś niewidzialną nicią czegośtam, która sprawia, że nad ich głowami unosi się puch radości. 

A jeśli chodzi o kwiaty dla facetów, to cóż… W tej kwestii sprawa podobn jest o wiele prostsza.

Empatia

Jest obecna u nas na każdym kroku i to w głównej mierze dzięki niej żyje nam się dobrze razem. Nie znajdziecie u nas sytuacji, w której jedna osoba zapierdziela w pocie czoła ze swoimi obowiązkami a druga się opierdala. Gdy trzeba sprzątnąć bajzel, nie spychamy na siebie kompetencji. Gdy trzeba ogarnąć dzieci, nikt nie jęczy, że dziś poświęcałem im już tyle i tyle i teraz może lepiej, gdybyśmy mogli się zamienić. Zawsze jesteśmy na stand by’u, by w razie czego sobie pomóc. Działamy jako drużyna i gdy tylko ktoś potrzebuje pomocy i wsparcia – od razu może na nie liczyć. 

Nie zawsze się lubimy

Tak, jak wspominałem wcześniej – po naszym mieszkaniu nie latają kolorowe jednorożce, które srają tęczą. Mamy swoje wzloty i upadki. Czasem się lubimy bardziej a czasem mniej. A jeszcze czasem w ogóle się nie lubimy. Ale w żadnej z tych sytuacji na siebie nie krzyczymy. Szanujemy się – nigdy nam się nie zdarzyło nikogo obrazić werbalnie. Nie trzaskami drzwiami. Nie mamy cichych dni. Wychodzimy po prostu z założenia, że szkoda nam czasu na dąsy. Pisałem już kiedyś o tym – nasze życie jest wystarczająco mocno popierdolone, by sobie samemu dokładać jeszcze do pieca. Poza tym mamy dzieci i jesteśmy święcie przekonani, że to, co wyniosą z domu rodzinnego będzie stanowiło ich kręgosłup moralny, z którym pójdą przez całe życie. 

Sex

I na dobitkę dla wszystkich tych, których sama nasza obecność w sieci doprowadza do szewskiej pasji a jednak muszą do nas zajrzeć, bo inaczej świądu mózgu dostaną: bez żadnych przechwałek mogę napisać wam, że seks po 6 latach z Kafi nigdy nie smakował lepiej. Nie wiem, czy chodzi o dojrzałość partnerską, czy może wszystkie wymienione wyżej czynniki (no, może poza kwiatami) przeszczepione na grunt alkowy małżeńskiej mają taki wpływ na naszą sferę intymną, ale to, co dzieje się w tej chwili jest… fakin’ ejmejzing!

Prawda jest taka, że nie warto być samolubem w łóżku. Im więcej dajesz, tym więcej dostajesz. Być może brzmi to, jak wyświechtany frazes, ale to bez znaczenia, bo w naszym przypadku działa zajebiście dobrze. Dobrze jest móc umieć mówić o swoich potrzebach, bo przecież wszyscy jesteśmy tylko ludźmi a nie wróżbitami Maciejami.

 

I to z grubsza tyle. Te wszystkie punkty to podwaliny naszego związku. Na koniec dodam jeszcze jedno. Pamiętajcie o tym, że to wszystko nie było aportem wniesionym przez nas do naszego związku. Powoli i mozolnie wybudowaliśmy to wszystko wspólnymi siłami. Ba, dalej budujemy. Czasem coś rozwalamy a czasem robimy przemeblowanie. Sprawdzamy nowe opcje i nowe rozwiązania, bo nie lubimy monotonności.

Ale przede wszystkim dlatego, że nam się chce.

PS: mimo tytułu, Walentynki są potrzebne. Choćby dla tych nieśmiałych, którzy w tym dniu mogą zdobyć się na odwagę i zaprosić swoją Walentynę Walentynkowiczównę na randkę. Trzymamy za was kciuki! Kochajmy się. Na co dzień.

 

O autorze
Martin Harmony
DJ, producent, kosmita, wielki fan squasha, miłośnik pończoch i undergroundowych brzmień.
avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o

Kafi miala racje, dobrze sie Ciebie czyta 🙂 a co do tresci – niby banaly, ale wazne i na temat. Fajnie ze sie tym podzieliliscie 🙂 Moje spostrzezenie / uwaga (od partnerki z 20 letnim stazem W tym 15 w malzenstwie) gdyby ktos tu szukal zlotej recepty na zwiazek ..to co proponujecie to po prostu jedna z opcji jak to zycie we dwoje ulozyc. Sa tu prawdy uniwesalne (jak ta dotyczaca sluchania sie nawzajem) ale inne punkty juz niekoniecznie musza sie “zgadzac”. U nas np. tzw. wloskie klotnie sa na porzadku dziennym a i tak swiata za soba nie widzimy… Czytaj więcej »