Westin Warsaw – dlaczego zabookowaliśmy pobyt w hotelu w naszym rodzinnym mieście?

Wielu z Was, gdy zobaczyło nasze relacje na Instagramie pukało się pewnie w czoło, zadając sobie pytanie, po co zabookowaliśmy sobie nocleg w warszawskim hotelu, skoro mieszkamy w… Warszawie. Czy nie lepiej było wyjechać gdzieś dalej i zwiedzić nieodkryte dotąd przez nas miejsca? Co ciekawego miał nam do zaoferowania pięciogwiazdkowy warszawski Westin, że zdecydowaliśmy się spędzić w nim świąteczny weekend? Zapraszamy do lektury!

Wiecie, jak wygląda przygotowanie do wyjazdu z dwójką dzieci? Wyobraźcie sobie, że próbujecie przewidzieć wszystkie możliwe permutacje pogodowo – odzieżowe, wszystkie potencjalne zachcianki zabawkowo – książkowo – żywieniowe i całość próbujecie upakować do dwóch walizek, nie zapominając przy tym o wszystkich niezbędnych dodatkach, które ostatecznie i tak się nie przydadzą, chyba, że się je zostawi w domu. Ogólnie lekko nie jest. Teraz dodajcie sobie do tego kilkugodzinną podróż z zapętloną retoryką pod tytułem “a daleko jeszcze?”, nieprzewidziane postoje i fochy po drodze, by stwierdzić, że wyjazd na dwa dni z dwójką dzieci poza miasto ma mniej więcej taki sam sens, jak wchodzenie w dyskusję z pierwszym – lepszym trollem internetowym.

Wiecie, jak wyglądało nasze przygotowanie do spędzenia dwóch dni w Westinie?  Napisać o naszym pakowaniu “nonszalanckie”, to jak nic nie napisać. Ostatecznie i tak wiedzieliśmy, że w razie czego w ciągu 20 minut możemy być z powrotem w domu. Do hotelu ruszyliśmy, gdy nasze dzieci były jeszcze w placówkach oświatowych, co jeszcze bardziej usprawniło check – in i ogarnięcie naszych mikro – bagaży. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi mieliśmy jeszcze czas na chwilę relaksu przy kawie, zanim Helut & Hanut spółka z zerową odpowiedzialnością do nas dołączyły.

Play Well

Początkowo nic nie wskazywało na to, że coś może pójść nie tak. Pokój na 18 piętrze z pięknym, panoramicznym widokiem na Warszawę zrobił na mnie i Kafi ogromne wrażenie. Jednakże dla Heluta & Hanuta równie dobrze moglibyśmy mieć w tej chwili pokój bez okien i to nie dlatego, że były za niskie i nic przez okno nie widziały… Na nich ogromne wrażenie zrobił bowiem cukierniczy majstersztyk, prężący się dumnie na stole w formie zabawki dla dzieci.

– No to nara mamo. Nara tato – mówiły między wierszami oczy naszych zahipnotyzowanych dziewczyn. – Możecie iść sobie do swojego pokoju i zająć się sobą. My mamy tutaj małą robotę do wykonania. PS: podrzućcie coś do picia i mokre chusteczki.

Tym samym dla nich, świat zewnętrzny przestać już istnieć. Bo oto przed nimi stał Święty Graal dzieciństwa, Arka Przymierza wszystkich słodkości i darmowy bilet w jedną stronę do cukrowego haju w jednym. A my, starzy i głupi rodzice zamiast na dzień dobry rozparcelować te słodkości, to pozostawiliśmy te dwie małe flądry spuszczone ze smyczy kontroli rodzicielskiej i udaliśmy się na zwiedzanie naszego apartamentu.

Odsetki od naszego beztroskiego zwiedzania apartamentu przyszło nam zapłacić kilka godzin później, gdy cukier pochłonięty przez nasze dwie małe ćpunki osiągnął ekstremalne stężenie w ich krwi. Na swoją obronę napiszę, że nie mieliśmy do tej pory pojęcia, jak wielkie moce przerobowe tkwią w naszych dziewczynach. Mistrzynie gastro – tetrisa w grze na czas się znalazły…

Oto, co się wydarzyło: w planach mieliśmy udanie się na Fish Market, który odbywa się w każdy piątek w hotelowej restauracji Fusion, podczas którego serwowane są świeże ryby i owoce morza, podawane w wielu odmianach oraz z możliwością skomponowania własnych dań, według własnych upodobań.

Niestety, w związku z tym, że nasze dziewczyny trafiły do cukrowego Matrixa, mieliśmy dwie opcje: albo przywiązać je pasami do krzeseł i zakneblować im usta, albo oddać pod opiekę biednej babci. Skorzystaliśmy z opcji drugiej, głównie dlatego, że nie mieliśmy pasów. Chwilę później wróciliśmy na Fish Market, gdzie musieliśmy najpierw trochę ochłonąć a później spróbować cieszyć się pysznym jedzeniem.  

Eat Well

Fish Market, to obok niedzielnych brunchów i kuchni fusion opartej na SuperFoods jeden z filarów holistycznej filozofii pobytu w hotelu Westin. Eat Well to nie tylko najlepsze składniki od zaufanych dostawców, ale również świadome podejście do jedzenia. Wiem, że brzmi to, jak kiepski slogan przepisany z ulotki reklamowej, ale to prawda. Dbałość o kulinarne szczegóły widać tutaj na każdym kroku. Przykład? Możecie sobie zamówić do pokoju kolację ze specjalnego menu, które pozwoli Wam się wyciszyć przed snem.

Ale, ale… powróćmy do naszej opowieści.

Jesteśmy więc w piątkowy wieczór na Fish Markecie i nasze oczy dostają oczopląsu od tych wszystkich kulinarnych perełek wystawionych w formie bufetu. Osiołkowi w żłoby dano wersja de luxe.

Po krótkim tour po Markecie zaczynamy rozmowę z jednym z kucharzy, który nie tylko z pasją opowiedział nam o wszystkich pozycjach wystawionych w bufecie, ale również specjalnie dla nas przygotował wypasione dania, które sprawiły, że bardzo szybko zapomnieliśmy o naszych dwóch Kucykach Apokalipsy. 

Gdy osiągnęliśmy już gastronomiczną nirwanę, poturlaliśmy się z powrotem do naszego pokoju z nadzieją na spokojną noc. Z cukrowego Matrixa dało się słyszeć stłumiony chichot. 

Sleep Well

Po wyczerpującym dniu nie ma nic wspanialszego, niż wizja wygodnego łóżka, ze świeżą, szeleszczącą pościelą. Szczególnie, jeśli łóżko nazywane jest Heavenly Bed. A wiecie, co ze wspaniałością nie ma nic wspólnego? Wstawanie. Wielokrotne nocne wstawanie do dziewczyn, które postanowiły nie podzielać naszej pasji do spokojnej nocy. Nie dość, że były na cukrowym haju przez większą część popołudnia, to dodatkowo przebodźcowały się, co powodowało nocne pobudki. Na domiar złego uznały, że szósta nad ranem to odpowiednia pora, by zacząć dzień. Nie było innej opcji – musieliśmy zagrać tajną bronią każdego rodzica – bajką. Dzięki temu zagraniu mieliśmy chwilę na złapanie większego kontaktu z rzeczywistością i… zamówieniu nam śniadania do łóżka.

Pomni doświadczeń z poprzedniego dnia, nałożyliśmy embargo na słodkie rzeczy, przez co przez chwilę znów byliśmy najgorszymi rodzicami na świecie. Na nieszczęście dla Heluta & Hanuta, mieliśmy to w nosie i delektowaliśmy się pysznym śniadaniem. Dla samego śniadania podanego nam do łóżka warto było spędzić noc w Westinie. A przed nami było jeszcze tyle atrakcji…  

Feel Well

Po śniadaniu stwierdziliśmy, że musimy wyprowadzić nasze małe crittersy na spacer, żeby nie rozniosły nam pokoju. Nasz wybór padł na Bulwary Wiślane, na które dostaliśmy się udostępnionym nam przez Westin samochodem elektrycznym – BMW i3.

Nie macie pojęcia, jak się czułem mając pod stopą moc, którą każdy inny samochód na światłach mogłem wciągnąć nosem… I jednocześnie mając dwie małe pchły na pokładzie.

Kuszenie Chrystusa wersja elektro.

Największym beneficjentem BMW i3 była Kafi, która w końcu mogła usiąść za kółkiem, ciesząc się, że samochód nie ma wymiarów naszej krowy a cała filozofia jazdy sprowadza się do operowania pedałem przyśpieszenia i z rzadka hamulca.

Gdy wróciliśmy z Bulwarów Wiślanych do hotelu, czekały nas kolejne atrakcje. Obydwoje zafundowaliśmy sobie masaże, na które musieliśmy iść oddzielnie, więc trzeba było ustalić, kto idzie na masaż a kto kładzie dzieci spać. W związku z tym, że Kafi jest cienka, jak szczaw w tych sprawach, rolę wieczornego ogarniacza dziewczyn wyznaczyłem sobie ja. Tak, wiem – zuch ze mnie… Mój challenge polegał na tym, że musiałem iść z nimi na kolację, wykąpać je, puścić im bajkę i położyć spać w czasie mniej – więcej 90 minut.

Tradycyjnie wspiąłem się na wyżyny kreatywności i zamiast fundować sobie piekło z nimi dwiema w restauracji hotelowej, postanowiłem zamówić z menu dziecięcego kolację do pokoju, ogarniając im w tym samym czasie kąpiel w wannie. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi udało mi się idealnie zmieścić w czasie i zanim poszedłem na masaż, dziewczyny smacznie sobie spały w objęciach Morfiego.

Brunch

Ostatni dzień pobytu również kręcił się wokół pysznego jedzenia – w niedzielne popołudnie wybraliśmy się na brunch, organizowany w Restauracji Fusion – tej samej, w której odbywa się piątkowy Fish Market. Co ciekawe, zarówno na Fish Market, jak i na brunch można wejść z ulicy. Przynajmniej w teorii, ponieważ miejsca są zazwyczaj zarezerwowane z dużym wyprzedzeniem. I wcale się temu nie dziwię, bo o ile w piątkowy wieczór zostaliśmy przytłoczeni mnogością różnych dań i przekąsek, o tyle w niedzielny brunch czuliśmy się, jak dzieci, które wygrały złote bilety na zwiedzanie fabryki Wonki.

Szybko nakarmiliśmy Heluta & Hanuta (i to wcale nie dlatego, że śpieszno nam było popróbować tych wszystkich pyszności. Nasze dziewczyny najzwyczajniej w świecie stwierdziły, że w nosie mają jedzenie, skoro na pierwszym piętrze są animacje dla dzieci) i zaczęliśmy regularne naloty na bufet. Gdy doszliśmy do deserów, magicznie dołączyły do nas nasze dwie małe hedonistki, które w sobie tylko znany sposób wyczuły, że zaczyna się prawdziwa uczta.

Niech o jakości brunchu świadczy fakt, że w tym kulinarnym orgazmie zapomnieliśmy o check out’cie i musieliśmy ponegocjować chwilę na recepcji nasze późniejsze wymeldowanie.

Vlog

Jeżeli chcecie zobaczyć, jakie aktywności fizyczne uskuteczniała podczas naszego pobytu w Westinie Kafi, jak wyglądała reakcja dziewczyn na słodką niespodziankę w pokoju, co pysznego polecił nam szef kuchni oraz dlaczego po masażu mieliśmy z Kafi konflikt interesów, koniecznie obejrzyjcie naszą video – relację z pobytu!

Czy było warto?

To był nasz jeden z lepszych weekendów poza domem. Jakość obsługi i doznania smakowe w kuchni Fusion stały na najwyższym poziomie. Gdyby odjąć pierwiastek chaosu, który generowały nasze małe gekony, moglibyśmy śmiało napisać, że był to weekend mistrzów. Co tylko utwierdza nas w przekonaniu, że koniecznie musimy tu wrócić. Bez dzieci. A później jeszcze raz – ze znajomymi do Restauracji Fusion na Fish Market. A później jeszcze raz. Z rodzicami na brunch. Fajnie jest mieć 20 minut od domu takie miejsce. Gdyby nie nasz dziwny plan na spędzenie weekendu w hotelu w naszym rodzinnym mieście, nigdy byśmy się o tym nie dowiedzieli.

Poza tym umówmy się – w jakim innym hotelu zatańczylibyśmy na dachu?

Dance with a view 🙂

Jesteśmy z powrotem <3 I możecie mówić, co chcecie, ale taniec na dachu z takim widokiem robi wrażenie! We can give you a private show, we can make some videos…

Opublikowany przez Harmony Life & Style 7 kwietnia 2018

 

O autorze
Martin Harmony
DJ, producent, kosmita, wielki fan squasha, miłośnik pończoch i undergroundowych brzmień.

2
Leave a Reply

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Radzia

No piękny ten weekend mieliście. Muszę namówić męża na taki sam przy następnej wizycie w stolicy.

Aga

Oryginalny pomysł z takim bliskim wyjazdem 😉 A tak BTW – Żłobek nie jest placówką oświatową 😉