Zapach moich wakacji z dzieciństwa.

Zazwyczaj bywa tak, że do wakacyjnych wyjazdów przygotowujemy się przez długi czas. Szukamy lokalizacji, robimy listę ciekawych miejsc wartych odwiedzenia i kompletujemy potrzebne nam do wyjazdu rzeczy. Jednak w tym roku było zupełnie inaczej. Wszystkie wyjazdy były spontaniczne a decyzje podejmowane były pod wpływem chwili, bez większego przygotowania. Okazuje się, że nie dość, że tak się da, to jeszcze były to jedne z fajniejszych wakacji. Dlaczego?

Tegoroczne wakacje całkiem niespodziewanie zamieniły się wakacje idealne. No, może poza drobnym faktem, że przez prawie cały czas byłyśmy bez Martina. To lato przypomniało mi wakacje, jakie zawsze spędzałam będąc dzieckiem. Słońce, ciepło, bieganie na bosaka, zjadanie owoców prosto z drzewa, wyprawy nad rzekę, zbieranie kamyków, muszel, szyszek i innych darów natury. Gdy byłam małą dziewczynką i przychodził ostatni dzień przedszkola, a potem szkoły, rodzice pakowali mnie w samochód i całe dwa miesiące wakacji spędzałam w…

Baczki

Stary, drewniany dom na wsi był dla mnie miejscem idealnym. Całymi dniami bawiłam się z dziećmi sąsiadów. Pamiętam, jak biegaliśmy po łąkach, ukrywaliśmy się w zbożu, skakaliśmy po kałużach i robiliśmy sobie tajemne przejścia-tunele w chaszczach dzikich malin. Byłam ciągle brudna i podrapana, ale za to jaka szczęśliwa! To były piękne czasy. Pamiętam też, jak rodzice przez dobrych kilka minut wydzierali się na całe gardło, by przywołać mnie na posiłek. Wiadomo, że zawsze miałam inne, ważniejsze rzeczy do zrobienia, niż jedzenie. Ciesze się, że mam takie wspomnienia i że mogłam spędzać czas właśnie tak. Że przyszło mi dorastać w domu, gdzie mogłam się brudzić i beztrosko poznawać świat swoimi zmysłami. Chodzić gołymi stopami po błocie i grzebać rękami w glinie. Nikt nie biegał za mną z ręcznikiem czy chusteczką i mnie co chwila nie wycierał, nie krzyczał kiedy brudziłam sukienkę.

I właśnie w to lato, całkiem niespodziewanie zafundowałam swoim dzieciom takie wakacje. Pełne miłości, bliskości, kontaktu z naturą i zabaw z rówieśnikami. Miło było patrzeć jak te dwie dziewczynki biegają na golasa po ogródku, uciekając przed zimną wodą z podłączonego szlaucha. Jak beztrosko się śmieją na całe gardło, jak wypatrują gwiazd na niebie, by złożyć życzenie, jak jedzą owoce prosto z drzewa, jak uczą się pisać patykiem po piasku. To jest coś, co w moim prywatnym słowniku zapisuję pod hasłem szczęście. Uwielbiam kolekcjonować takie wspomnienia i utrwalać ich obrazy w mojej pamięci.

Jak się okazuje, wcale nie trzeba jechać do pięciogwiazdkowego hotelu, by super spędzić czas. Bo tak naprawdę dla naszych dzieci to, gdzie są jest zupełnie nie istotne. Dla nich najważniejsze jest to, że są z nami i fakt, że mogą iść z nami. A czy to będą góry, plaża czy park ma już drugorzędne znaczenie. 

Staram się dać moim dziewczynom jak najwięcej wolności i poczucia swobody, a określenie “dzikie dzieci’  bardzo mi się podoba. Co nie znaczy, że nie mają żadnych obowiązków, nie przestrzegają naszych ustalonych wcześniej zasad, czy biegają brudne od rana do wieczora. Po prostu pozwalam dzieciom być dziećmi. Jeszcze zdążą się w swoim życiu zastanowić, czy coś wypada czy nie, zmartwić tym, że zrobiła im się dziura w sukience lub, że nie mają na głowie najmodniejszej spinki. Naszym dzieciom jest to zupełnie obojętne. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że większość dzieci ma to w nosie. To my rodzice kształtujemy ich gust, ubieramy je pod siebie, tak jak chcemy je widzieć. I chyba dlatego ja mam słabość do golasów. Wtedy dzieci wyglądają tak “czysto”, niewinnie i dla mnie jest to najpiękniejszy widok.

Kiedy Helena była mała próbowałam ją pięknie ubierać a “fancy” sukienki były na porządku dziennym. Pamiętam moją frustrację, kiedy ulubiony ciuch był ozdobiony kilkoma nowymi plamami, lub kiedy jedzenie lądowało na pięknej bluzce, a plamy z trawy ozdabiały spódnice i spodnie. I powiem Wam w sekrecie, że wtedy nie byłam tak wyrozumiała jak teraz. Obecnie nie mam już złudzeń i nie oczekuję, że dziewczyny będą czyste. Ba! Ja nawet lubię, jak są brudne. Serio. Wtedy wiem, że miały super czas a po ich ubraniach i twarzach mogę zgadywać, co robiły przez cały dzień. Kiedy Helena przybiega do mnie przejęta i mówi – “O nieeee, mamo pobrudziłam sukienkę!”, to ze spokojem tłumaczę jej, że to tylko ubranie i po to mamy pralkę, by w niej prać. Naprawdę, czasami sama siebie nie poznaję.

Derma

No właśnie, pralka to jedno a proszki to drugie. Długi czas szukałam proszków idealnych. Wynikało to z tego, że chciałam się pozbyć uczulenia, które miałam. Na domiar złego, Helena również miała bardzo suchą i szorstką skórę. Postanowiłam pozbyć się standardowych, sklepowych proszków, które są pełne chemii, i jeżeli pamiętacie z moich Instastories, był moment, w którym zamówiłam składniki i przez kilka miesięcy sama robiłam proszki. Jednak tuż przed wakacjami w ramach mojej długofalowej współpracy z marką Derma zaczęłam testować ich proszki. Proszki Dermy również pokazałam Wam na moim Instagramie i dostałam od Was kilka wiadomości, w których napisałyście, że nie miałyście pojęcia o istnieniu tych produktów. Dlatego tutaj, korzystając z większej ilości miejsca opiszę Wam je dokładniej.

derma proszki

Co wyróżnia te proszki od innych, obecnych na rynku? Przede wszystkim to, że posiadają wszelkie możliwe certyfikaty:

• Nordic Ecolabel – produkt bezpieczny dla środowiska

• Allergy Certified i Asthma Allergy Denmark – produkt badany pod kątem wywoływania alergii

• FSC – produkt spełnia standardy gospodarki leśnej, opakowania pochodzą z recyklingu

• RSPO – wykorzystany w produktach olej palmowy pochodzi z certyfikowanych plantacji

Poza tym proszki te są wegańskie, nadają się dla całej rodziny, więc bez obaw możemy ich używać od pierwszego dnia życia dziecka. Choć moje dziewczyny są już duże, to  jestem pewna, że dla wielu z Was to bardzo przydatna informacja. Proszki Dermy są delikatne, bezpieczne dla alergików, bezzapachowe, nie zawierają barwników, wybielaczy czy substancji podejrzewanych o działanie zaburzające gospodarkę hormonalną i innych zbędnych substancji chemicznych.

derma proszki

A teraz najważniejsze, czyli cena. Proszek kosztuje ok 25 zł i  wystarcza na około 21 prań, więc stosunek jakości do ceny jest jak najbardziej korzystny.

A na koniec…

Ciesze się, że zmieniłam moje podejście. Bo to oczywiście nie chodzi tylko o ubrania, ale o całą filozofię i świadome podejście do życia i świadomy konsumpcjonizm. I tak, jak kiedyś nie dawałam sobie przyzwolenia na to, by w domu był bałagan, by nie było pełnej lodówki, by dziecko siedziało w kałuży pełnej błota, tak teraz uważam, że w życiu są ważniejsze rzeczy, niż równo poukładane książki na półce. A skoro już przy paraleli książkowej jesteśmy, to na koniec taka myśl: co z tego, że mamy wszystkie najnowsze książkowe pozycje, jeżeli ich nie czytamy a traktujemy jedynie jako ozdobę i ładnie wyglądające tło? Warto się nad tym zastanowić. Zostawiam Was z taką rozkminą i ciekawa jestem Waszego podejścia. Bo ostatecznie każdy z nas jest inny i dla każdego z nas w życiu ważne są inne rzeczy. Ja cieszę się, że stałam się bardziej świadomą matką i konsumentką i mam nadzieję zaszczepić moje podejście również naszym dzieciom.


Wpis powstał przy współpracy z marką Derma.

O autorze
Kasia Harmony
Rozkmina, miłośniczka kawy i chałki z masłem, tańcząca gdzie się da, dusza towarzystwa, szperaczka, wyszukiwaczka, mistrzyni urządzania wnętrz.
avatar
  Subscribe  
Powiadom o