żyjemy, by jeść, czy jemy, by żyć?

Żyjemy, by jeść, czy jemy, by żyć?

Kiedyś idąc do sklepu nie zastanawiałem się, czy kupuję kurczaka nafaszerowanego antybiotykami i innymi syfami. Nie zastanawiałem się, czy łosoś, którego właśnie kupiłem do sushi pływał sobie w Atlantyku, czy był mutantem hodowanym w syfiastych klatkach, karmionym odpadami zwierzęcymi i pokolorowany barwnikiem, żeby był bardziej różowiutki. A dziś robiąc zakupy jestem nieufny nawet w stosunku do ziół w doniczce. Noż kurde – jakoś tak za pięknie pachną. Zbyt marketingowo. I wkładając te zioła do koszyka, przez mój mózg przebiega myśl: a co jeśli spsikują te zioła aromatami, żeby były bardziej… ziołowe?

I wiecie co? Strasznie mnie to wszystko wkurwia. Że wszystko ma dziś mały druk. Że wszędzie czają się pułapki, pełne niedomówień i żonglerki słowami. Wszystko dziś udaje coś, czym tak na prawdę nie jest. Wszystko jest najlepsze, najbielsze, najbardziej kolorowe, najbezpieczniejsze, najzdrowsze i tak dalej. A jak się temu bliżej przyjrzeć, to okazuje się totalnie przeciętne. Przymiotniki nam się zdewaluowały, bo wszystko jest teraz “naj” w swojej dziedzinie – nie tylko tej spożywczej. Każda stacja radiowa gra najlepszą muzykę pod słońcem. W klubach grają sami najlepsi DJ’e. Sklep X ma najlepsze oferty na rynku a kolejne wersje tych samych produktów mają jeszcze lepszy, intensywniejszy smak i aromat. Po co pytam się? Po co produkt ma jeszcze bardziej intenywny smak i aromat? Czy był zły do tej pory? Czy proszki sprzed 5 lat nie dawały rady? Bo wydaje mi się, że już wtedy reklamy przekonywały nas, że biel jest jeszcze bielsza od bieli. Skoro już wtedy oślepiało nas pranie suszące się na słońcu, to co będzie za 5 kolejnych lat? Będziemy musieli zakładać specjalne okulary do oglądania zaćmienia słońca przy wieszaniu prania? Dlaczego daliśmy się tak omamić tak tanim sztuczkom? Ani się nie obejrzeliśmy, a zostaliśmy wydymani na miękko. I jeszcze się z tego cieszyliśmy, jak dzieci, które dostały lizaka.  

Dziś, żeby zjeść coś lub dostać coś naturalnego musimy płacić za to kilka razy więcej. Dlaczego? Przecież produkcja żywności bez polepszaczy smaku powinna być tańsza, bo odchodzi cały ten syf, którego nie trzeba używać. Producenci żywności i hodowcy doprowadzili do tego, że ja, jako zwykły szary obywatel, ojciec dwójki dzieci nie ufam już niczemu, co jest na półkach sklepowych. Nawet tych eko. Każdy produkt obklejony jest pierdyliardem naklejek, które mają mnie uspokoić i zapewnić, że jem zdrowo. Tylko, że ja w to wszystko jakoś nie wierzę. Eko jabłka, eko banany, eko mleko i eko sreko – to wcale do mnie nie przemawia. Wszędzie zdarzają się przekręty, dlaczego więc miałyby omijać segment eko żywności szerokim łukiem?

ŻYJEMY, BY JEŚĆ, CZY JEMY BY ŻYĆ?

Nasza przygoda z bardziej świadomym koncupcjonizmem zaczęła się od tego, że Kafi od wielu, wielu lat boryka się z alergią skórną. I możecie mi wierzyć albo i nie, ale do dzisiejszego dnia nie mamy zielonego pojęcia, co tą alergię wywołuje. No i kilka lat temu Kafi zrobiła sobie testy na alergie pokarmowe z krwi – tzw. MRT. A później na dobitkę zaciągnęła mnie na te testy. W testach MRT w skrócie chodzi o to, że ludzie w białych kitlach badają, jak na różne alergeny w pokarmach reagują nasze białe krwinki – jeżeli zwiększają swoją objętość, to mamy do czynienia z nietolerancją pokarmową.

Oczywiście w testach każdemu z nas wyszły nietolerancje na inne rzeczy. Nie macie pojęcia, jak strasznie ciężko jest ogarnąć dietę dla dwóch osób, w której większość produktów jest wykluczona w jednej, bądź drugiej diecie. Nie macie również pojęcia, jacy chodziliśmy wkurwieni na siebie i na otaczający nas świat podczas zmiany naszego sposobu odżywiania się. Ale nie ma się czemu dziwić – z dnia na dzień nasza dieta zmieniła się o 180 stopni a nasze nawyki żywieniowe zostały brutalnie przeformatowane. Wymyślenie i przygotowanie czegokolwiek do jedzenia było dla nas największą karą na świecie. Bo ci od testów to tacy spryciarze, że powiedzą wam, czego od dziś macie nie jeść oraz jakich przypraw i składników musicie unikać. Ale żeby przygotować wam sensowną dietę, skorelowaną z dietą partnera, to już dla nich zdecydowanie za dużo, jak na kosmiczną ilość gotówki, którą sobie krzyczą za badanie. To był dla nas najgorszy okres w naszym żywieniowym życiu, a nas opuściła cała frajda, którą do tej pory czerpaliśmy z jedzenia. Tragikomizmu całej sytuacji dodawał fakt, że badania miały być krokiem ku lepszemu i szczęśliwszemu życiu.

Po pewnym czasie mieliśmy dosyć i po prostu odpuściliśmy. I wiecie co? Nic się nie stało… Absolutnie nic. Nie czuliśmy się gorzej. A jeszcze chwilę wcześniej biegaliśmy, jak jacyś debile po sklepach, szukając serów bez barwnika annato, chleba bez drożdży i innych dziwnych rzeczy. Na domiar złego traciliśmy na samych zakupach dwa razy więcej czasu, niż dotychczas, bo każdy produkt musieliśmy przestudiować pod kątem naszych zakazów.

Później mieliśmy jeszcze kilka innych epizodów z różnymi dietami, w tym również opartą tylko na kaszy jaglanej. Wszystko w imię zdrowia i lepszego samopoczucia. Za każdym razem było jednak inaczej – zawsze towarzyszyła nam frustracja, że znów trzeba myśleć, co zjeść a następnie spędzić w kuchni masę czasu. A to wszystko tylko po to, by przekonać się, że piękne zdjęcie jedzenia z książki ma się nijak do walorów smakowych, które ze sobą niesie.  Jakieś 6 miesięcy temu Kafi rozpoczęła dietę bezmięsną, po której czuje się rewelacyjnie. Ja oczywiście na początku przyłączyłem się do diety, bo stwierdziliśmy, że nie będziemy znowu przygotowywać dwóch różnych obiadów. A później tym wszystkim walnąłem w cholerę. I doszedłem do wniosku, że nie będę się nigdy więcej unieszczęśliwiał jakimiś dietami, chyba, że w grę będą wchodziły jakieś poważne problemy zdrowotne.

A teraz najlepsze: zastosowałem zasadę złotego środka. W tygodniu potrafię zjeść zarówno pyszny, bezdrożdżowy chleb razowy z ziarnami słonecznika, po to, by dzień później wciągnąć pół chałki z mascarpone i dżemem z owoców leśnych. I to z prawdziwym, najgorszym białym cukrem a nie jakimś tam ksylitolem, po którym przez dwa dni będę miał sraczkę. Jednego dnia ogarniam warzywa na parze ze świeżym halibutem i kaszą jaglaną a drugiego wpierdzielam tłustego kebaba. I nigdy nie byłem bardziej szczęśliwy z mojej diety. Takie podejście ma jeszcze jeden pozytywny aspekt: z większą pobłażliwością patrzę również na nawyki żywieniowe moich dzieci. Obydwoje z Kafi nie jesteśmy już “dietowymi hitlerami” i nasze dzieci mają bardziej eklektyczną dietę. Zjedzenie ciastka, czy czekolady nie spowoduje, że ciała naszych córek nagle zostaną strawione od środka przed podstępną candidę a ile dajemy im przy tym radości! Przecież dzieciństwo bez słodkości to nie dzieciństwo a wpierdzielanie cały czas wynalazków typu bounty z kaszy jaglanej to trochę tak, jak lizanie lodów przez szybę.

Śmieszne w tym wszystkim jest to, że wszystkie diety, przez które przechodziłem racjonalizowałem sobie nie tylko dążeniem do zdrowia i szczęścia, ale również tym, że robię to dla moich dzieci. Bo przecież dzięki zdrowemu odżywianiu będę żył 2 lata dłużej. Zapomniałem tylko w tym równaniu odjąć 5 lat za życie w permanentnym stresie. Stresie, że zjem coś, czego nie powinienem i moje białe krwinki eksplodują.

A teraz? Wszystko jest super… Gdybym jeszcze tylko mógł pójść do pierwszego – lepszego sklepu i nie musiał się zastanawiać, czy to, co mam zamiar za chwilę włożyć do koszyka nie było faszerowane antybiotykami, azotynami i innymi chemicznymi wynalazkami, byłbym w moim prywatnym, spożywczym raju. Niektórzy twierdzą, że to w nas samych tkwi siła do zmian na rynku. Że jeśli nie będziemy kupować określonych rzeczy, to producentom nie będzie się opłacało ich produkować. Z tym, że to jest myślenie życzeniowe, bo nikt – ani teraz, ani za 30 lat nie zrezygnuje z dnia na dzień z kupowania kurczaka na sterydach. Bo jesteśmy za wygodni, za chciwi i za bardzo przyzwyczajeni do obecnej sytuacji. A w tym przypominamy korporacje i firmy, które nas trują przetworzonym jedzeniem.

 

O autorze
Martin Harmony
DJ, producent, kosmita, wielki fan squasha, miłośnik pończoch i undergroundowych brzmień.
avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Kasia

hmm, Twój post ukazuje że, niestety, nie jesteś świadomym konsumentem. Trzeba zmienić podejście do życia i do jedzenia. Jeśli się idzie na zakupy żywieniowe z takim nastawieniem jak ty, to niestety, ale nic się nie zmieni. I tutaj nie chodzi o jakieś 2 dodatkowe lata zycia. I zmiany nie zauważymy po 2 miesiącach, czy nawet po roku. Tu chodzi o długofalową przemianę. Po pierwsze i najważniejsze, to, że coś ma nalepkę eko wcale nie znaczy, że jest eko. Ekologiczną żywność de facto można kupić praktycznie tylko i wyłącznie ekologicznych sklepach. Żywność taka ma odpowiednie certyfikaty, nadawane przez miedzynarodowe organizacje. Wystarczy… Czytaj więcej »

Martin Harmony

Przykro mi, ale niedokładnie przeczytałaś zdanie i na tej podstawie zbudowałaś tezę. Napisałem, że nasza przygoda z bardziej świadomym konsumpcjonizmem… A bardziej świadomy nie jest tożsame ze świadomym. Poza tym – jeżeli wierzysz, że odpowiednie certyfikaty, nadawane przez międzynarodowe organizacje dla produktów spełniających określone kryteria są wiarygodne, to masz oczywiście do tego pełne prawo. Miliony klientów samochodów marki Volkswagen też wierzyło, że jeżdżą ekologicznymi samochodami, które spełniają wyśrubowane normy, dopóki nie wybuchła afera. Ale wracając do jedzenia – czytam etykiety. Robię dokładnie wszystko to, o czym piszesz – wybieram te lepsze parówy, sprawdzam info, gdzie była złowiona dana ryba, kupuję… Czytaj więcej »

KasiaOstr

Mam identyczne odczucia. Z tymże zawsze czytam etykiety i wybieram najmniejsze zło z produktów ogólnodostępnych, kilka rodzajów owoców i warzyw hoduje w ogródku i na tym się kończy. Wiem, ze nie obejdę bardziej “systemu”. Po pierwsze dlatego, że nie wierzę w ekomarketing i drobnych rolników oraz bazarki a po drugie nie wierzę, że da się udźwignać idealnego odżywiania do końca życia. Po prostu nie. Po kilku tygodniach jaglanki, jak patrze na nią w szufladzie, odbija mi się coca cola z komunii. .. i tak ze wszystkim. Myślę, że jeśli odrzucę 90 % spozycia białego pieczywa, napojów gazowanych, słodyczy, żywności mocno… Czytaj więcej »

Martin Harmony
Martin Harmony

To i tak masz fajnie, że masz możliwość oraz, przede wszystkim, że Ci się chce chodować swoje owoce i warzywa. Bo to jednak trzeba mieć smykałkę do tego. My już kilka razy mieliśmy podejście do ziół w ogrodzie, które dziwnym trafem zawsze usychały, bo nikt nie pamiętał o tym, żeby je podlać 😀

Dzięki wielkie za feedback oraz piona za tekst: “Po kilku tygodniach jaglanki, jak patrze na nią w szufladzie, odbija mi się coca cola z komunii…” – uśmiałem się do łez 😉

Kasia

Co do mojego eksperymentu, to de facto odczułam tylko i wyłącznie różnicę finansową. Owszem, może kilka produktów polubiłam za jakość i zostały one ze mną na dłużej, ale tak naprawdę ja nie czuję różnicy pomiędzy ziemniakami eko kosztującymi 8 zł a zwykłymi za złotówkę. Możliwe, że pod roku żywienia zapewne bym taką różnicę odczuła, no ale nie stać mnie na chwilę obecną żeby 4 osobową rodzinę żywić ponad koszt mojej pensji 😉 Co do tych certyfikatów przyznawanych ŻYWNOŚCI, które mówią, że są eko – tak, wierzę. Mam wielu przyjaciół którzy są weganami i prowadzą wegański styl życia, więc od nich… Czytaj więcej »

A ja zgadzam się z Twoim podejściem. Tak jak w każdej innej dziedzinie tak i w żywieniu trzeba zachować balans. Bo jedzenie to też przyjemność. Jakiś czas temu próbowałam przejść na weganizm i kosztowało mnie to naprawdę dużo czasu i energii, podobnie jak eliminacja z diety mojej córki wszystkiego co słodkie, słone, tłuste i zle….. teraz wrzuciłam na luz- jemy zdrowo, ale i przyjemnie- raz na jakis czas biała drożdżowa i słodki serek homogenizowany nie zrobią spustoszenia w naszych organizmach.

Martin Harmony
Martin Harmony

No właśnie najgorsze jest to fiksowanie się na jakiś dziwnych ograniczeniach, w imię zdrowia i szczęścia. Po czym okazuje się, że z tymi ograniczeniami jesteśmy najzwyczajniej w świecie bardziej nieszczęśliwi. Zasada złotego środka jest dobra we wszystkim, szczególnie, jeśli idzie w parze ze zdrowym rozsądkiem. Nie dajmy się zwariować i będzie nam się żyć dużo lepiej.

Monika

Mi pomogła dieta optymalna. Brzuch bolał mnie przez ostatni rok notorycznie po jedzeniu. To jedzenie było tradycyjnie, prawdopodobnie takie jak i wasze. Polecam spróbować 🙂
życzę zdrowia, wiem co to cierpieć z powodu bólu brzucha
Pozdrawiam
Monika

Martin Harmony
Martin Harmony

Ale u nas nikt nie cierpi i nigdy nie cierpiał na ból brzucha. Napiszesz coś więcej o diecie optymalnej? 🙂

Jak wszystko w moim życiu tak i żywienie bez napinki jest najskuteczniejsze. Odstawiłem mięso 2 lata temu podczas przygotowań do maratonu, za mną poszła żona i też odstawiła jedzenie mięsa, choć bardziej ideologicznie. Efekty sa takie, że oboje czujemy się pełni energii i dużo lżej.
Nie liczymy każdego grama wartości odżywczych, a kupujemy raczej rzeczy BIO, bo to trochę większa pewność, że nie jemy nie potrzebnej chemii.

Martin Harmony
Martin Harmony

No ja też przez pierwszy okres, jak przyłączyłem się do Kafi byłem zadowolony. A później zaczęło mi tego mięsa najzwyczajniej w świecie brakować. Nie jest tak, że potrzebuję jeść mięso codziennie, ale dwa razy w tygodniu i chodzę po prostu szczęśliwszy. No i niestety – dieta bezmięsna powodowała, że waga leciała ostro w dół, co przy moich 65 kg było katastrofą. Niestety, ale nie potrafię wpierdzielić podwójnej porcji brokułów, czy innych warzyw, żeby kaloryczność była na odpowiednim poziomie.

Matylda Jasmin

Podzielę się swoim eksperymentem dość długim. Przez 5 lat nie jadłam cukru, malitolu, sirbitolu, syropu fruktozowo- glukozowego,słodu jęczmiennego, kukurydzianego, ksylitolu, stewii, agawy) – w żadnej postaci poza fruktozą z owoców świeżych lub suszonych (niesiarkowanych, niedosładzanych), mleka i jego przetworów (czyli masło,śmietana, czerwone mięso i większości produktów gotowych, bo nawet w kabanosach mleko jest lub serwatka lub mleko w proszku. Żadnych konserwantow poza kwaskiem cytrynowym. W tym przez 3 lata nie jadłam glutenu w ogóle. Wnioski: 1. tak, początkowo jest drożej, ale gdy znajdziesz dostawców, tego co niezbędne – miesięczny koszt wszelkich produktów (razem z mąką, kaszami, ziarnami, suszonymi owocami, mlekiem… Czytaj więcej »

Martin Harmony
Martin Harmony

Hej! Przede wszystkim czapka z głowy za merytoryczny komentarz oraz czas, który poświęciłaś na napisanie go. Niesamowite jest to, że chciało Ci się tak drastycznie zmienić nawyki żywieniowe. Ja dodam swoje trzy grosze odnośnie uzależnienia od słodyczy – bardzo fajnym, skutecznym i bezpiecznym tłumikiem chęci spożycia słodyczy jest L – Glutamina (przy okazji ogranicza też chęć spożywania alkoholu). Przetestowałem ją na sobie, podczas treningów siłowych i mogę potwierdzić, że działa wyśmienicie (wtedy oczywiście nie wiedziałem, jakie są jej “efekty uboczne”, ale przed rozpoczęciem suplementacji potrafiłem opierdzielić na luzie jedno piętro ptasiego mleczka do herbaty. Po jakimś czasie słodyczy nie jadłem w ogóle).… Czytaj więcej »

Matylda Jasmin

3 osoby w tym dziecko -przepraszam za błąd