Wigilijne opowieści

Książki

W życiu każdego dziecka przychodzi taki czas, że zaczyna sobie zdawać sprawę z tego, że kolejna laurka dla rodzica jest po prostu… lamerska. Mój czas nadszedł, gdy byłem mniej – więcej w drugiej klasie szkoły podstawowej. Tak bardzo chciałem podarować rodzicom coś fajnego pod choinkę. Nosiło mnie, jak jasna cholera (chociaż wtedy jeszcze nie znałem tego określenia), bo kieszonkowe w tamtych czasach było czymś, co przydarzało się innym dzieciom. A mnie nosiło, no… 

W tamtym okresie moi rodzice mieli znajomego, który pracował w zakładzie poligraficznym i non stop obdarowywał nas książkami. Nasza domowa biblioteczka pęczniała a większość pozycji, które tam trafiały, nigdy nie doczekały się należytej chwili uwagi z naszej strony.

Któregoś przedświątecznego popołudnia wpadłem na błyskotliwy pomysł obdarowania moich rodziców książkami. I to nie byle jakimi książkami, bo z naszej domowej biblioteczki.

Wybrałem po jednym egzemplarzu, zapakowałem i włożyłem “prezenty” do wielkiego worka, który zachęcająco leżał pod choinką. Do dziś nie wiem, czy mój genialny plan został rozszyfrowany. Chociaż z drugiej strony, moi rodzice nigdy mnie nie zapytali, skąd wziąłem pieniądze na prezent…

Wigilijna miłość

Pamiętacie jeszcze, jak wygląda młodzieżowa miłość? Taka bezgraniczna, która czasem (właściwie głównie) jest naiwna i mogąca góry przenosić? Złapała mnie kiedyś taka za serce. W dodatku na odległość. Mieszkałem już wtedy sam, chociaż rodzice urzędowali w budynku naprzeciwko, więc to trochę taka samodzielność na pół gwizdka była. Ale do rzeczy…

Zaprosiłem na święta tą swoją jedyną i wyjątkową dziewczynę. Tą z położonego 400 km dalej małego miasteczka. Nie pytajcie, jak odpicowałem siebie oraz mieszkanie na przyjazd mojej miłości. Dość powiedzieć, że zapach perfum z mojego mieszkania unosił się na klatce schodowej przez całe święta i kilka dni po. Na tą okoliczność kupiłem nawet swoją pierwszą w życiu choinkę. Do dziś pamiętam, jak lampki odbijały się w wypolerowanej na wysoki połysk podłodze. Ależ byłem podekscytowany!

Niestety, pamiętam również moment, w którym zdałem sobie sprawę, że ona jednak nie przyjedzie. Jak się później okazało – była zaręczona z kimś innym, o czym zapomniała mi powiedzieć.

Faktem jest, że to były najsmutniejsze święta w moim życiu. Jedynym dobrym aspektem tego zdarzenia był film “Snatch” Guy’a Ritchiego, którego polecił mi mój kumpel na poprawę nastroju. Co zabawne,  od tamtej pory obejrzałem go już chyba ze 20 razy a sam Guy Ritchie został jednym z moich ulubionych reżyserów, do momentu, w którym nie popełnił Króla Artura. Tym samym zadał mi cios równie srogi, jak moja jedyna miłość na odległość.

Kapcie mikołaja

To był okres, w którym jako dziecko miałem już świadomość, kim jest Święty Mikołaj i na jakich zasadach mniej – więcej działa. Mówiąc wprost – wiedziałem, że trzeba udawać, że było się grzecznym chłopcem i przytakiwać na wszystkie pytania Świętego. Co nie zmienia faktu, że jak każdy dzieciak byłem na maksa przejęty. Tym bardziej, że rodzicie mnie zapewniali, że Święty w tym roku na pewno osobiście odwiedzi nasze mieszkanie. Na początku wszystko szło dobrze. Przybył Święty a wraz z nim worek, w którym na bank miał skitrany prezent dla mnie. Jarałem się, jak dziki rex (chociaż wtedy jeszcze nie wiedziałem, kim są rex’y – ani te dzikie, ani te oswojone). Moją chłopięcą podjarkę zgasił dopiero fakt otrzymania od Świętego papierowej torebki z… węglem i obranymi skórkami pomarańczy.

Mikołaj okazał się psychicznie chorym manipulantem i sprzedawczykiem na usługach moich rodziców. Wtedy oczywiście też tego nie wiedziałem, więc najzwyczajniej w świecie się rozpłakałem, czym ostatecznie udobruchałem Świętego i po solennych obietnicach popracowania nad swoim zachowaniem, otrzymałem w końcu swój właściwy prezent.

W całej tej historii warto zwrócić uwagę na dwa fakty. Po pierwsze – to zadziwiające, jak bardzo wrył mi się w pamięć fakt otrzymania węgla i obierek z pomarańczy. Jeszcze bardziej zadziwiające jest to, że do dziś za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co było tym “właściwym” prezentem. Po drugie – gdy byłem pouczany przez Świętego o zasadności bycia grzecznym chłopcem, jak każdy grzeczny chłopiec w takim momencie stałem ze spuszczonym wzrokiem. Biorąc pod uwagę fakt, że dziecku ciężko jest na dłużej utrzymać wzrok w jednym miejscu, mój spuszczony wzrok błądził sobie swobodnie po wzorkach na dywanie, aż w końcu zatrzymał się na… kapciach Świętego Mikołaja. Kapciach, które dziwnym trafem wyglądały identycznie, jak… kapcie mojego dziadka.

Prawdziwa magia świąt

Święta Bożego Narodzenia wyglądają i smakują zupełnie inaczej, gdy jest się dzieckiem i gdy samemu ma się dzieci. Wszystko nabiera wtedy głębszego sensu i motywuje do działania. Te wszystkie świąteczne dekoracje, przygotowania i specyficzny klimat smakują wtedy zupełnie inaczej. Patrząc przez pryzmat siebie, jako ojca, rozumiem teraz moich rodziców dużo bardziej, niż kiedyś. Rozumiem, dlaczego tak bardzo starali się spiąć poślady i przygotować wszystko jak najlepiej.  Nie dla siebie, ale dla nas – swoich dzieci. Czasem oczywiście wpadali na głupie pomysły, jak z tym “prezentem” dla niegrzecznego starszego syna, ale hej – na bank mieli wtedy niezły ubaw i gdyby mieli taką możliwość i nagraliby to wszystko, sam oglądałbym to teraz z uśmiechem na twarzy.

Pierwsze spotkanie Heluta ze Świętym Mikołajem miało miejsce na Goa. Hela była wtedy małym glonem, który najbardziej jarał się ściąganiem mikołajkowej czapki z mojej głowy. Rok później sprawy miały się już zupełnie inaczej. Gdy wspominam moment, w którym Święty Mikołaj bierze ją na kolana, a ona, taka maciupcia i speszona nie wie, co ma z sobą zrobić, oczy robią mi się mokre. Nawet teraz, gdy piszę ten tekst. To trudne do wytłumaczenia uczucie, bo patrząc na nią mam też przed oczami siebie, który w dziurawym kapciu w przedszkolu siedzi Świętemu na kolanach. Ten obraz jest łącznikiem, pomiędzy moim dzieciństwem a teraźniejszością. Myślę, że obraz dziecka siedzącego na kolanach Świętego mikołaja jest łącznikiem nas wszystkich. Jest kwintesencją dzieciństwa. Jest łącznikiem pomiędzy tymi wszystkimi wspomnieniami, które uzbieraliśmy jako dzieci a tym, co samemu możemy zaoferować swoim dzieciom. Spinamy poślady tak samo, jak robili to nasi rodzice, by zapewnić naszym pociechom moc najcudowniejszych świątecznych wspomnień. I wiem, że nasze dzieci będą robić to samo dla swoich dzieci.

Zrobiło się bardzo ckliwie, pora zatem na puentę. Spójrzmy na naszych rodziców przez pryzmat ich starań i trudu, który wkładali w przygotowywanie rok w rok świąt dla nas – swoich dzieci. Zapomnijmy na chwilę o tym, jacy denerwujący potrafią być w swoich rutynach i jacy irytujący czasem potrafią być w swoich pytaniach. W końcu te wszystkie nerwy i stresy, które towarzyszyły im (i być może dalej towarzyszą) podczas świątecznych przygotowań, wynikały z tego, że chcieli dla nas – swoich dzieci jak najlepiej.

Wesołych Świąt!

PS: Chcielibyśmy bardzo serdecznie podziękować firmie KappAhl za czaderskie świąteczne stylówki z kolekcji Newbie dla naszych dziewczyn  :*

HARMOZIOMKI & POZIOMKI!

Jest nas wszędzie pełno. Jesteśmy tutaj, na Instagramie, Facebook'u i YouTube. Czasem robimy transmisje Live. Jeśli chcesz być na bieżąco z tym, co dzieje się u nas, zapisz się do naszego newslettera. Raz w tygodniu dostaniesz od nas najciekawsze informacje ze wszystkich naszych kanałów.

Żółwik, beczka i piąteczka! Zapisałeś się do naszego wypasionego newslettera. Do przeczytania niebawem!

Albo nasze dzieci znów bawiły się naszym serwerem albo Tobie się coś pomyliło :( Spróbuj jeszcze raz!